czas rozliczeń

Ponieważ na wielu blogach nadszedł teraz czas podsumowań i refleksji nad minionym rokiem, nie ma zmiłuj i coś podsumować należy!
Nudy i rzeczy poważne pozostaną moją tajemnicą, nie jest to bowiem dla nikogo z czytelników treść atrakcyjna, że się człowiek nierównomiernie rozwija i kilka dziedzin w życiu mu podupada.

Jest za to jeden ogromny pozytyw, którym podzielę się z miłą chęcią.
Pierwszy raz w życiu jestem tak ogarnięta/ świadoma/ uświadomiona? w tematach kosmetyczno- pielęgnacyjnych. Cztery czy pięć lat temu stawiałam pierwsze kroki wyrzucając z łazienki całe chemiczne zło, ale oznaczało to mniej więcej tyle, że do dyspozycji pozostawało szare mydło, ocet i jakiś olej… Łatwo się więc domyślić, że efekty tych „zabiegów” bywały różne. Nigdy też, w czasach toksycznej, drogeryjnej przeszłości nie byłam kosmetycznym ekspertem a temat pociągał mnie umiarkowanie.
Przeryłam sporo blogów, vlogów i książek, przy czym te ostanie zaczęły się pojawiać na naszym rynku nie tak dawno! I wreszcie mam wrażenie, że mniej więcej rozumiem czego potrzebuje moja skóra i jak się o nią troszczyć. A już najmilsze ze wszystkiego jest to, że czasem widać efekty! Bywamy w coraz lepszej kondycji, brawo;)

Ostatnim odkryciem i jednocześnie ogromnym ulubieńcem stał się balsam do mycia twarzy, z przepisu Czarszki, który od ukręcenia towarzyszy mi codziennie. Jest wspaniałą alternatywą dla OCM, którego zawsze bałam się ze względu na cerę naczynkową, nie wspominając o moich własnych przepisach na facewash’e > KLIK, które ze względu na peelingujące drobinki też mogą powodować podrażnienia.

I jeszcze jedno- zapach! Uwielbiam zapachy zielarskie, męskie, konkretne, nie szaleję natomiast za słodkimi: owocowymi, kwiatowymi… Balsam pachnący olejkiem rozmarynowym i drzewem herbacianym mógłby jak dla mnie robić za perfumy. Jest to więc najbardziej relaksujący wieczorny rytuał w moim domowym SPA. Polecam Wam gorąco!

IMG_7416
IMG_7426
IMG_7672

Przepis na balsam i metodę używania go znajdziecie tutaj > KLIK

sprawdzony przepis na pierniczki- wegańskie i bezglutenowe

IMG_7378

Bez pierniczków w okresie około- świątecznym jakoś trudno się obejść. Pieczenie i podjadanie to jedno- też kuszą, ale DEKOROWANIE, które staje się rozrywką grupową na cały wieczór… bez dekorowania, lukrowania i kolorowych posypek czułabym po prostu, że coś mnie omija:)

Temat się komplikuje, gdy sami jesteśmy lub mamy w rodzinie alergików. Tak się składa, że jest ich w naszym otoczeniu coraz liczniejsze grono, choć nadal pozostaję najbardziej przeczuloną reprezentantką, brawo ja!

IMG_3918

Bezglutenowe ciasta bywają bardzo nieelastyczne, te natomiast, którym elastyczność nadaje tłuszcz- rozpływają się na blasze i kompletnie nie trzymają formy. Ale ponieważ od lat upieram się przy testach- wreszcie trafiłam na przepis udany. Po małych modyfikacjach brzmi on tak:

Składniki:
– 1 szkl. mąki jaglanej
– 1 szkl. mąki ryżowej
– 1 szkl. mąki gryczanej
– 1 szkl. skrobi kukurydzianej
– 4 łyżki zmielonych nasion chia
– 1szkl. wody
– 12 łyżek oleju kokosowego
– ¾ szkl. cukru lub ksylitolu
– 2 łyżeczki karobu
– 2 łyżeczki kakao
– 4 łyżeczki cynamonu
– 1 łyżeczka mielonych goździków
– 1 łyżeczka kardamonu
– 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
– szczypta soli

Zmielone nasionka chia zalewamy szklanką wody i odstawiamy na 10 minut. W tym czasie odmierzamy kolejno wszystkie mąki, przyprawy i cukier wsypując wszystko do duuużej miski. Na końcu dodajemy olej i chia z wodą, które zdążyło nasiąknąć.
Zagniecione ciasto dobrze jest odstawić przynajmniej na pół godziny, bo mąki bezglutenowe o wiele wolniej chłoną wodę- bez tego ciasto może się „rwać”.
Po uformowaniu pierniczków pieczemy je ok. 6-10 minut w temp. 170 stopni.

IMG_7472
IMG_7476

Nasze pierniczkowe spotkanie w babskim gronie właśnie się odbyło. Kolorowe posypki, które na co dzień omijamy szerokim łukiem, tutaj- przez najmłodszych były zlizywane prosto z talerzyków a na pierniczkach utworzyły się grube cukrowe warstwy. Na koniec w ruch poszły precyzyjne pędzelki i biały lukier… Cud, miód i orzeszki w sensie zupełnie dosłownym:)

IMG_7357

dermaglin

„Znacie mnie jako jednostkę prawdomówną i szlachetną. Nic bardziej mylnego!”
– Barbara; „Lesio” Joanna Chmielewska

W całej historii shades of green namawiam Was do minimalistycznych wyrzeczeń, do troski o środowisko i bojkotu drogeryjnych marek. Samej w 90% udaje mi się realizować ten program a zdarza się czasem, że i w 100%.
Ale od kiedy mniej więcej już wiem czego szukam i co w drogeryjnych kosmetykach jest dyskwalifikujące: kilometrowe składy, SLSy, parabeny czy formaldehyd… bywa, że trafiam na perełki, o których warto Wam opowiedzieć, mimo że pochodzą prosto ze sklepowej półki.

Niespodziewanie więc, najbardziej dla mnie samej (!), zaplanowała mi się tu seria „Aga aproved” o dobrych produktach kosmetycznych, choć samo słowo „produkt” budzi mój lekki niepokój;)

Z naturalnymi kosmetykami jest tak- kiedy producent świadomie kreuje markę jako ekologiczną, co zdarza się coraz częściej, świadczy o tym oprawa graficzna ale też często cena. Jest zupełnie oczywiste, że cena półproduktów z certyfikowanych upraw musi być wyższa od innych a same składy są często bardzo szlachetne, choć na tym polu dokonuje się też niemałych przekrętów.

Na zupełnie innych półkach natomiast zdarzają się produkty naturalne… przypadkiem, czyli o tak prostym składzie, że nie zdołano go doprawić żadnym parabenem, bo akurat nie było takiej potrzeby.

Dlatego będąc w drogerii podchodzę śmiało do najbardziej kolorowych/ nie minimalistycznych a nawet tandetnych opakowań i… czytam. Na tej zasadzie wyłowiłam maseczki Dermaglin.

IMG_7390 copy

Ich szata graficzna jest całkowicie przeciętna a zdjęcia na opakowaniach nie robią najlepszego wrażenia… ale same maski są naprawdę wspaniałe!

Wszystkie produkty Dermaglin robione są na bazie glinki kambryjskiej, która wydobywana jest na głębokości 40 metrów z pokładów oddzielających skały wapienne od piaskowców, bez interwencji chemicznej w najbogatszym i dziewiczym ekologicznie rejonie Europy– Zatoce Fińskiej.
Glinka ta absorbuje wszelkie zanieczyszczenia (dwukrotnie mocniej niż węgiel!) dlatego tak świetnie sprawdza się w maskach kosmetycznych, których mamy kilka rodzajów: od przeciwtrądzikowych, których nie testowałam po moje ulubione przeciwzmarszczkowe, oczyszczające, odżywcze…

plusy:
– buzia jest nawilżona, odżywiona, promienna pozbawiona podrażnień, ukojona
– maski mają doskonałe, proste składy
– nie są perfumowane
– mają jednorodną, idealną konsystencję, nie spływają po twarzy ale dają się ładnie rozprowadzić
– są w przystępnej cenie ~ 6,40/ szt.

minusy:
– maski występują wyłącznie w saszetkach
– mogłyby mieć bardziej zachęcające graficznie opakowania;)

IMG_7386
IMG_7409
IMG_7412

Tak je polubiłam, że za każdym razem będąc w okolicach Natury czy Hebe polowałam na kolejną saszetkę- no właśnie- saszetkę… czyli znów produkujemy śmieci:(
W tej irytującej śmieciowej sprawie napisałam do firmy Dermaglin maila z zapytaniem czy przypadkiem nie planują wypuszczenia swoich masek w większych pojemnikach. Ja i tak kupuję je nagminnie, chętnie więc kupiłabym coś w większym opakowaniu i na kilka/ kilkanaście użyć.

Niestety nie jest to możliwe. Glinka kambryjska bowiem zbiera zanieczyszczenie (i wchodzi z nimi w reakcje) w takim stopniu, że maski muszą pozostać jednorazowe. W samym opakowaniu wielokrotnego użytku mogłyby się dziać jakieś straszne rzeczy…

Spróbujecie? A może znacie Dermaglin od lat i macie swoich faworytów? Dajcie znać w komentarzach.

priorytetowa sprawia rzęs

IMG_7166

Gdyby ktoś trzy miesiące temu zapytał „jak dbam o rzęsy?” spojrzałabym z niedowierzaniem i szybko zmieniła temat… No jak? Myję buzię i nie sypiam w makijażu i to tyle! Co niby można z nimi robić? Jest jakiś specjalny krem?

Faktem jest, że jako osoba ciemnowłosa z naturalnie ciemną oprawą oczu- nigdy nie wpadłam na pomysł by robić cokolwiek poza używaniem maskary (Jeśli interesuje Cię temat tuszu DIY to zapraszam tutaj > KLIK) a maskara leży w obszarze zgoła innym niż pielęgnacja, wiadomo.
Kilka tygodni temu odwiedzona zostałam przez kochaną koleżankę, którą widuję zdecydowanie zbyt rzadko (Kasia, o Tobie!) i której oczy ocieniał tak powiększony od ostatniego spotkania wachlarz rzęs, że nie mogłam nie spytać co i jak.

Okazało się, że znów omija mnie pokaźny pakiet informacji, zabiegów i cały rzęsowy świat po prostu.
Czy kiedyś nadążę?
Rzęsy można doklejać (to akurat wiedziałam) zagęszczać (!) także prowokować do szybkiego, bujnego wzrostu. Do wyboru, do koloru i co kto lubi!
Doklejanie, przedłużanie i zagęszczanie wydały mi się równie inwazyjne jak botoks, postanowiłam jednakże zgłębić temat odżywek, uznając wprawdzie że to kaprys, ale kto bogatemu zabroni?:)

Znajoma wizażystka zagadnięta o odżywki natychmiast pomachała mi przed nosem ulotką long4lashes (Oceanic) namawiając do testowania. Internety natomiast podały, że long4lashes to najlepsza z odżywek w średniej grupie cenowej (80zł), które w ogóle działają. Są też inne, bardziej luksusowe marki za około 300 zł. Ojej, westchnęłam pod nosem i jak to ja, cztałam dalej.

Co ta odżywka w sobie ma, że działa i jak działa?
Podobno tym aktywnym składnikiem, jest bimatoprost, który hamuje wypadanie rzęs, przez co- pozostają one z nami dłużej niż w normalnym cyklu, są więc dłuższe i wyglądają „porządniej”. Nie brzmi to zachwycająco, przyznacie? Odżywka, która nic nie odżywia, tylko zaburza naturalny cykl organizmu? Ale to jeszcze nic, bo jest o wiele gorzej!

„Bimatoprost to substancja aktywna, będąca syntetyczną pochodną prostaglandyn – hormonów, które występują naturalnie w naszym organizmie.
Może powodować między innymi: przekrwienie spojówek, świąd, stany zapalne rogówki i spojówki, uczucie pieczenia i podrażnienia oczu, łzawienie, pogorszenie ostrości widzenia, ból oka i głowy, wzmożoną pigmentację tęczówki (barwnej części oka) oraz skóry wokół oczodołu, wynikającą ze zwiększenia zawartości melaniny w melanocytach. Ciemnienie skóry wokół oka powinno ustać po kilku tygodniach lub miesiącach od zaprzestania stosowania bimatoprostu, jednak inne efekty uboczne, takie jak zmiany zabarwienia tęczówki, mogą mieć charakter trwały.„
*

Jak to jednak dobrze, powiedziałam, nie poddawać się zbiorowemu szaleństwu. Żeby nie było, że nie robię z rzęsami NIC poszłam do apteki kupić olej rycynowy za całe 3 zł. Wprawdzie rozpuszczone na hormonalnych odżywkach bloggerki urodowe zarzekały się, że z olejem efekty są nikłe a jeśli są to wieki całe ich nie zobaczę, chciałam to sprawdzić na własnym oku.

IMG_7157

Z olejem rycynowym obchodzę się tak: wylewam kropelkę (jest strasznie gęsty) na dłoń, wcieram olejek w czystą szczoteczkę po tuszu do rzęs i „tuszuję” porządnie po całości. Pozostałością częstuję nawet brwi, niech mają, a co!

No i proszę. Po 4 tygodniach rzęsy wypiękniały. Są dłuższe, grubsze i nie mogę się nadziwić, że to działa! Bez hormonów.
Nie wierzcie bloggerkom;)

*źródło cytatu > KLIK

sugar scrub czyli „perfekcyjna pani domu”

IMG_7114c

Nasz domowy system zaopatrzenia jest dość nietypowy. Tworzymy rodzinę zaledwie dwuosobową, a wszystko kupujemy hurtem. Potem to „hurtem” upychać trzeba w szafkach i domykać kolanem, ale w przyczyny nie będę się dziś wdawać, bo to temat na cały długi wpis, który może kiedyś nawet napiszę;)

Przy zakupach 10 kg mąki czy kaszy warto się zabezpieczyć przed molami i innym robactwem, co mówię z doświadczenia własnego, plaga ta bowiem dotknęła nas kilka lat temu boleśnie dziesiątkując zapasy i dając poważne powody do zwątpienia w cały zawiły zakupowy proceder.
Jako, że mądry Polak po szkodzie, zaopatrzyliśmy się wtedy w plastikowe kontenerki mieszczące akurat idealnie po 3 kilogramowe paczki mąki czy jaglanki. W szczelnych kontenerkach robale nie mają szans na większą ekspansję i przeczuwając to na pewno- zupełnie dały nam spokój.

Kontenerki mają jednak pewien minus- nie dają możliwości upychania się po kątach, lub też kąty są za małe? Mimo kilku fajnych schowków, część zapasów- szczelnie zamknięta, wyprowadziła się do piwnicy…

Rewidowanie tejże nie zdarza się znowu tak często (ja), bywa także powierzchowne (mężowski nalot) w związku z czym udało mi się ostatnio trafić na bardzo już archiwalny kontenerek zawierający 3 kilogramy cukru kryształ (!) Dziwiąc się ogromnie gotowa byłam uwierzyć, że ktoś z sąsiadów podrzucił nam ten nietypowy prezent, cukru bowiem nie jemy od lat… Niewątpliwie jednak kontenerek pochodził z naszego zestawu, wyprzeć się więc niechcianej zawartości nie da rady.

W mojej otępiałej głowie natychmiast zrodził się zestaw pytań: czy cukier może się przeterminować i po jakim czasie? Czy można go komuś oddać? (przecież są tacy co kupują), jak go wykorzystać bez strat dla zdrowia? (Ci co kupują działają na swoją niekorzyść przecież)…

I teraz uwaga, bo mam kolejny dowód swej nadzwyczajnej gospodarności i możecie mnie nawet nominować do tytułu „perfekcyjnej pani domu”. Jest pomysł! Jeśli masz stary cukier- zrób sobie peeling! Jest to najmniej szkodliwy dla zdrowia sposób wykorzystania cukru jaki znam:)

IMG_7101

Potrzebne będą:

1 szkl. cukru (biały/ brązowy/ przeterminowany lub prosto ze sklepu)
1/3 szkl. oleju z pestek winogron/ oliwy z oliwek lub inny płynny olej, z którym Wasza skóra się lubi
olejek eteryczny dla przyjemności własnej wyłącznie (10-15 kropelek)

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie i przekładamy do czystego, suchego pojemniczka. Uzyskaną konsystencję nazwałabym „mokry piach”;)

IMG_7108
IMG_7112

Ze scrubu korzystamy standardowo pod prysznicem, nacierając skrupulatnie te partie ciała, którym należy się odnowa a potem równie skrupulatnie szorując brodzik substancją silnie odtłuszczającą, może być nawet płyn do mycia naczyń.

Pominięcie ostatniego kroku da nam efekt wspaniałej miękkiej, nawilżonej skóry ale grozi poślizgiem/ upadkiem i wybiciem zębów przez kolejnego użytkownika łazienki.

IMG_7125

czym myć włosy naturalnie?

woman-586185_1920

Zacznę od tego, że zafascynowana zielskiem, metodą no poo oraz sodą przerobiłam już mycie włosów WSZYSTKIM o czym tylko przeczytałam, że się do mycia nadaje a także nie mycie ich zupełnie…
Testowałam na moich biednych włosach na przestrzeni ostatnich czterech lat przeróżne mydła (szampony w kostce), sodę, ocet, orzechy piorące, glinkę, jajka, mąkę, ziołowe wywary a nawet kilka „ekologicznych” szamponów drogeryjnych. Najczęściej nie były to pomysły trafione ale mój zapał jakoś nie gasł, sama nie wiem czemu, może lubię eksperymenty?

Zanim jednak rozwinę przed Waszymi oczami ten cudowny wachlarz naturalnych możliwości muszę dodać, że byłam w tej dziedzinie człowiekiem czynu, nie teorii… Mogłoby to być nawet radosną rozrywką nudnej codzienności, gdyby się na końcu nie okazało, że teoria ma znaczenie a wiedzę należy pogłębiać!
Po wszystkich tych próbach wyszło mi po prostu, że z jednymi produktami włosy moje się lubią, nawet kochają, z innymi natomiast toczą wojnę i okazuje się niebezpodstawnie. Dociekając bowiem dlaczego akurat te a nie inne, trafiłam w sieci na zawiły wątek porowatości włosów…

Nie wiem jak Wy, ale ja w swej ignorancji sądziłam do niedawna, że włosy dzielą się na suche/ normalne/ przetłuszczające się/ ewentualnie z łupieżem- jak w reklamach:P Nie czas się teraz rozwodzić, ale mamy też włosy niskoporowate/ średnioporowate i wysokoporowate. I tu zaczyna się zabawa. Każde z nich potrzebują innych składników odżywczych i każde z nich lubią inne traktowanie.

Włosy nisko i średnioporowate można doprowadzić do stanu wysokiej porowatości niszcząc je farbowaniem, temperaturą czy innymi zabiegami unoszącymi łuskę włosa. Można też mieć włosy wysokoporowate z natury i ja właśnie takie mam. Są cienkie, delikatne, puszą się, elektryzują (kiedy są długie- nigdy nie udaje mi się wytrwać w rozpuszczonych), szybko chłoną farby i długo schną, a przede wszystkim uwielbiają proteiny!

Piszę ten długaśny wstęp bo nawet najdłuższy wstęp czyta się szybciej niż przeprowadza nieudane eksperymenty, wiadomo…
Czym więc myłam moje wysokoporowate włosy i jak to działało?

wlosyA

1. sodą oczyszczoną.

Bardzo dobrze odtłuszcza, pozostawia włosy szorstkie i sianowate. Na dłuższą metę możemy się spodziewać problemów z końcówkami i łamliwością.

2. orzechy piorące.

Podobnie jak w przypadku sody, dobrze odtłuszcza i niestety wysusza. Niemożliwie piecze w oczy więc uważajcie. Stopień wysuszenia zależy od tego jak bardzo nasz wywar z orzechów jest skoncentrowany. Dużo orzechów+ mało wody wprawdzie może wysuszać ale ładnie się pieni. Mało orzechów+ dużo wody jest pewnie zdrowszą proporcją.

3. glinka kosmetyczna.

Używałam glinki czerwonej oraz białej, za każdym razem rezultaty były opłakane. Nie domywa włosów i jest bardzo trudna do spłukania, nie mówiąc o upaćkaniu połowy łazienki…

4. mydło marsylskie.

Mycie włosów mydłem podobało mi się z pobudek minimalistycznych (jeden produkt do wszystkiego!) i długo przy nim trwałam, ale włosy wyglądały w miarę dobrze tylko po wypłukaniu ich wodą z octem lub wodą z sokiem cytrynowym. Bez tego są szorstkie i jakby niedomyte. Nie szaleję za zapachem octu:)

5. ocet.

Sam ocet/ woda z octem też sprawdza się nieźle i pewnie w przypadku innego rodzaju włosa miałoby to sens. Moje podatne, miękkie i delikatne włosy były jeszcze bardziej miękkie i lejące, bezbłędnie więc przyklejały się do czaszki… No i znów kwestia zapachu. Wprawdzie po myciu się go nie czuje, ale przyjemność to nie jest.

6. mydlnica lekarska.

Wywar z mydlnicy tak jak wywar z orzechów piorących zawiera saponiny, można więc w nim prać, oraz myć. Działał u mnie dokładnie tak jak orzechy. Przy większym stężeniu- za mocno, przy mniejszym- za mało piany. Wywar można przygotowywać z całej rośliny, z kwiatami, jeśli znajdziemy ją na dziko w sezonie albo z suszonego korzenia, przy czym ten drugi jest produktem wybitnie śmierdzącym. Bardzo.

egg-1467336_1920

7. żółtko.

Żółtko ma mnóstwo składników odżywczych: witamin, minerałów, protein i z tych wszystkich powodów moje włosy kochają mycie żółtkami. Są odżywione, błyszczące ale uniesione u nasady. Szczęśliwe po prostu. Niestety dostęp do zdrowych jajek mam bardzo rzadko, klatkowych nie kupujemy a te naturalne- jak już są- na wagę złota.

flour-186563_1920 copy

8. mąka z ciecierzycy.

Jak dotąd mąka z ciecierzycy to mój ulubieniec. Z powodu protein włosy ją uwielbiają! Wyglądają podobnie jak po żółtkach czyli uniesione u nasady, jakby grubsze (?!), dożywione. Może nie tak jak przy żółtku błyszczące, ale za to z dostępem do mąki nie ma problemu. No i jest to metoda w 100% wegańska.

Bardzo chciałabym poczytać jakie macie doświadczenia z naturalnym myciem włosów i jakich macie ulubieńców? Piszcie koniecznie!

o stereotypach, byciu konsekwentnym i wielkich odkryciach

5

Wiecie jak to bywa: idzie sobie niewinny człowiek ulicą, wiatr przewiewa go na wskroś, mżawka wpada do dopiero co pomalowanego oka… aż tu nagle spływa takie olśnienie, że się przystaje i patrzy w zdumieniu przed siebie. Nie żeby mi się to akurat dziś tak malowniczo przytrafiło, ale byłoby prześlicznym wstępem, nieprawdaż?

Uświadomiłam sobie bowiem bardzo dziwną rzecz i już nie mogę się powstrzymać przed blogowymi zwierzeniami.

Nigdy nie lubiłam zabiegów pielęgnacyjnych! Stereotyp jednakże wskazuje, że przeciętna kobieta powinna lubić te tam: maseczki, odżywki, sera, nacieranie całego ciała peelingiem i piłowanie paznokci. Dotąd, nie zadając sobie zbędnych pytań, jakoś udawało mi się dokonywać pewnych rytuałów. Nigdy jednak nie dość systematycznie/ skutecznie by czuć się osobą „zadbaną”. Jak paznokcie były w porządku to przydałaby się odżywka. Jak włosy piękne to akurat pięty chropowate itd. itp. Też tak macie czy mi brak jakiegoś hormonu?

Dokonałam na sobie pewnych obserwacji na innym, także kiedyś nielubianym polu pod tytułem „aktywność fizyczna”. Okazało się, że pole nie tylko może być lubiane ale i wyczekiwane z utęsknieniem, kiedy w różnych zawirowaniach codzienności ćwiczenia wypadną z planu zajęć. Ważnym natomiast składnikiem sukcesu jest systematyczność.
Już w szkole podstawowej były takie sugestie, tak!, miałam jednak wtedy w zwyczaju nie wierzyć w brednie głoszone przez dorosłych.
Z ciałem widocznie jest tak jak z podlewaniem roślinek. Sukcesy występują tylko przy konsekwentnych, nawet drobnych działaniach, a nie po weekendzie spędzonym u kosmetyczki raz do roku.

Idąc dalej tym tropem, postanowiłam urządzić „to wszystko” całkiem inaczej i osadzić na dobre we własnej codzienności, by nie stracić zapału. Jak to zrobiłam?

1. Spisałam swój „program minimum”.

Jakie aktywności pielęgnacyjne chciałabym wprowadzić na stałe? Liczy się wszystko: paznokcie, włosy, depilacja, ciało, buzia. Jakie minimum pielęgnacyjne sprawi, że będę się czuć najlepszą wersją siebie, ale nie przytłoczy ilością zabiegów i nie pochłonie całej mojej uwagi?
Postanowiłam, że jeśli uda mi się oswoić „minimum” może odważę się dodawać kolejne atrakcje do swojej listy.

2. Podzieliłam zabiegi na:

codzienne rano/ wieczór; cotygodniowe, 2-3 tygodniowe i wyznaczyłam kiedy znajdę na nie czas. W moim przypadku najlepiej działa rozpiska a la plan lekcji. Wytypowałam dwa dni w tygodniu, jeden wieczór i jeden poranek i od tej pory działam.

Ustalenie tak sztywnych reguł dla tak błahego tematu wydaje się trochę szalone? Jeżeli macie ten brakujący hormon, hehe, to pewnie pukacie się w głowę…
Ale jeśli go nie macie to ogłaszam, że to działa!

Naszą główną wymówką dla nierobienia czegoś co chcielibyśmy robić jest brak czasu, wyznaczenie go z góry załatwia sprawę. No i- to taka randka z samym sobą, do której można włączyć inne przyjemności: podkład muzyczny, fajną lekturę, kojącą herbatkę? Łączenie w pary rzeczy lubianej z rzeczą mniej lubianą daje dobre efekty (wiem to z książki „Lepiej” Gretchen Rubin)

Stworzysz własny „plan lekcji”?

Jeśli tak, to mam dla Ciebie małą niespodziankę. Na własne potrzeby stworzyłam eleganckiego pdf’a i możesz z niego skorzystać a nawet wydrukować kilka sztuk dla najbliższych przyjaciółek:) Wygląda mniej więcej tak:

IMG_6595

>>> POBIERZ PDF’a <<< i bądź najlepszą wersją siebie, bo czemu nie?;)

koszyki

IMG_2532

Nie pamiętam od czego się zaczęło to wszystko a im bardziej próbuję sobie przypomnieć, tym bardziej wydaje mi się, że nigdy się nie zaczęło, że trwa od zawsze. Zgrabnie nawet całkiem sobie poukładałam w głowie, przemyślałam wpływ genów i tendencje rodzinne i wyszło mi tylko, że jeśli chodzi o szycie, dzierganie, malowanie, klejenie, fotografowanie a nawet robienie kompozycji z suchych traw czy też obrazów ze skóry to wszystko to było nieustająco dookoła praktykowane i pogłębiane przez najróżniejszych członków rodziny i ich znajomych.

Dorastałam w domu, w którym ciągle coś „się tworzyło”. Mama produkowała ogromne ilości szalonych swetrów- nietoperzy, szyła, malowała na szkle, tato robił piękne czarno- białe zdjęcia. Babcie i ciocie szyły, szydełkowały. Właściwie w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych mało kto tego NIE ROBIŁ.

Nic więc dziwnego, że sama nieustająco coś dłubałam i choć wiele z tych dziecinnych prób mnie rozczarowywało (tak! Pamiętam doskonale!), to jednak w spełnianiu marzeń materialnych bliższa mi była droga DIY niż droga kupna. Najczęściej nadal tak działam.

Ile razy stwierdzam „przydałoby się etui na okulary/ kosmetyczka/ szalik” i już rodzi się plan i natychmiast działam z takim zapałem jakby nic innego na świecie nie istniało by na końcu zauważyć w internetach, że normalni ludzie takie rzeczy kupują, często za grosze!

Poprzedni blog dokumentował moje twórcze szaleństwa w 100%, więc jeżeli macie ochotę tam zajrzeć to zapraszam serdecznie tu> KLIK

Ale co z tym początkiem? Uznałam, że było ich kilka i kilka potknięć po drodze.

Pierwszy więc jest taki, że handmadowo da się zrobić właściwie wszystko, serio! W tym przekonaniu ugruntowała mnie przeszłość więc wierzę i praktykuję.

Drugi jest taki, że każdy akt twórczy wiąże się z odpowiedzialnością i choć dojrzałam to zjawisko nie tak znowu dawno temu to jest ono nie mniej prawdziwe od pierwszego stwierdzenia. Kiedy „powołujemy do życia” jakikolwiek przedmiot to bierzemy odpowiedzialność za całe jego życie. Nie rozpływa się w powietrzu, kiedy wyrzucamy go do śmieci. Często więc- produkujemy śmieci.
Dlatego w swoich twórczych zapędach dobrze jest wykorzystywać naturalne materiały, z którymi przyroda sobie poradzi. Dobrze też nie produkować rzeczy nieprzydatnych:) Nie każdy pomysł jest warty realizacji, choć paluszki czasem świerzbią…

Trzeci wydarzył się dwa lata temu, gdy przestąpiłam progi Wielkiej Hurtowni.
Kilka razy do roku przemierzamy Polskę by spędzić jakiś czas u rodziców na wsi, za każdym razem mijając Łódź i największe znane mi centrum pasmanteryjnych rozrywek. Wielkie Hurtownie tkanin, guzików, drutów, igieł i tasiemek gdzie powierzchnię przeciętnej Biedronki zajmuje wyłącznie kraina zamków błyskawicznych. Nie trudno sobie wyobrazić, że za pierwszym razem byłam wstrząśnięta i już nigdy nie chciałam rezygnować z tego przystanku na trasie. Tam właśnie trafiłam na sznurki bawełniane w stu metrowych zwojach, wielu kolorach i przystępnej cenie.

I tak zaczęłam wyplatać koszyki…

IMG_2849
IMG_2320
IMG_2160
IMG_2060
IMG_2309

Bawełniany sznurek jest przyjemny w dotyku, ma idealną grubość, chropowatą, mięsistą teksturę. W sznurek udaje mi się wplatać bawełnę z odzysku czyli pocięte na paski tiszerty i cieszę się, że te kolorowe resztki znikają w taki sensowny sposób. Sensowny bo koszyk jest czymś praktycznym, nie „ozdóbką”. Można w nim przechowywać dodatkowe poduszki, pluszaki, gazety, można go złapać za skórzane uszy i przestawić w inne miejsce. Skórzane elementy też naturalnie pochodzą z odzysku. Pierwsze- były pociętą torbą- chlebakiem, należącą do nastoletniego Tomka, znalezioną po latach na strychu. Taka historia.

Jeżeli macie ochotę zajrzeć do naszego sklepiku na Etsy, zapraszam gorąco> KLIK

zatuszuj to!

IMG_5859
Przepiękną doprawdy miałam wizję tego posta i cudownego homemade’owego tuszu do rzęs, o którym za moment, jednakże życie, nie przesadzajmy, nie może być pasmem samych sukcesów a eksperymenty mają to do siebie, że raz się udają, a innym razem- zupełnie nie.

Niestety, o ile z kosmetykami pielęgnacyjnymi zmierzanie w stronę natury nie stanowi wielkiego problemu, z tak zwaną „kolorówką” nie jest łatwo. Szczególnie jeśli się tą kolorówkę próbuje uzyskać samodzielnie! I tak, mimo że drogeryjnego kremu nie kupowałam już bardzo dawno, to jednak róże, cienie czy mascary czasem się zdarzają…

Przepis na tusz do rzęs, znaleziony u Eli Gale, której youtubowy kanał serdecznie Wam polecam KLIK> ( a polecałam nie raz!) wywołał u mnie ogromną ekscytację, z podskokami i piruetami włącznie.
Jak byłoby pięknie, myślałam, jak wspaniale, gdyby on rzeczywiście działał, gdyby nie spływał z rzęs po 3 minutach i nie osypywał się grudami na policzki…

Pokonałam nawet tak znaczącą trudność jak brak dostępu do żelu aloesowego (lokalne apteki oferowały sok jedynie, z uporem twierdząc, ze o żelu nigdy i nigdzie nie słyszano) i przy okazji zakupów na I herbie niepostrzeżenie dorzuciłam do koszyka tubkę owego specyfiku nie wzbudzając u męża podejrzeń. Żel przyleciał. Prosto z Ameryki Drogie Koleżanki:)

Pełna zapału wzięłam się więc o siódmej rano do działania… ach, nie! Poczekajcie, najpierw było mycie buteleczki po zużytym komercyjnym tuszu (a fe!) i upapranie przy tym siebie oraz połowy łazienki. Jeśli nie macie doświadczenia w tej dziedzinie, to podpowiem, (choć generalnie to i tak nie ma sensu) że należy najpierw usunąć sekretną uszczelkę, tkwiącą w szyjce, która zabezpiecza tusz przed rozlaniem i zdejmuje ze szczoteczki nadmiary produktu. Nie miałam o tym pojęcia, więc wlewanie i wylewanie szarej wody trwało w nieskończoność. Mniejsza o to!

Przepis nie jest skomplikowany, toteż podczas mieszania udało mi się wszystko ślicznie obfotografować.

IMG_5828

1 łyżeczkę oleju kokosowego
0,5 łyżeczki wosku pszczelego

rozpuszczamy w kąpieli wodnej, później dodajemy:

3 łyżeczki żelu z aloesu
3 kapsułki węgla (takiego na zatrucia)
3 kropelki witaminy E
0,5- 1 łyżeczki glinki kosmetycznej

mieszamy dokładnie, przekładamy papkę do foliowego woreczka, odcinamy samiutki narożnik by przez ten otworek wcisnąć mascarę do czyściutkiej, suchej buteleczki.

U mnie w momencie wciskania, z torebeczki zaczęło niepokojąco kapać (pewnie żel popuszczał wodę) ale się nie zniechęcałam.

Z pewnością błędem podstawowym było zastąpienie kapsułek z węglem zwykłymi tabletkami (rozgniotłam je wprawdzie super dokładnie w moździerzu, ale okazało się to niewystarczające). Pigment musi być miałki jak pył. Wydaje mi się też, że węgla mogłoby być więcej, bo mój- nie zabarwił masy na „smołę”. To jeszcze dałoby się poprawić następnym razem…

Może żel z aloesu, który zamówiłam to jakiś bubel, może masa była za tłusta (podobno można to zmienić dodając więcej glinki), dość, że efekt rozczarowuje. Substancja nie osiada na szczoteczce (za dobrze ją umyłam?), daje się wprawdzie nanieść na rzęsy, ale później widnieją na nich niezłe grudy (nieszczęsny węgiel). Wszystko to nie byłoby jeszcze tragiczne, gdyby na tych rzęsach zastygało i pozostawało jakiś czas… Niestety! Rozpływa się w mgnieniu oka, że tak powiem:)

Taka bajka ku przestrodze… bo i tak życzę Wam zapału do eksperymentowania!
IMG_5844
IMG_5885
*oko gołe/ oko pomalowane