koszyki

IMG_2532

Nie pamiętam od czego się zaczęło to wszystko a im bardziej próbuję sobie przypomnieć, tym bardziej wydaje mi się, że nigdy się nie zaczęło, że trwa od zawsze. Zgrabnie nawet całkiem sobie poukładałam w głowie, przemyślałam wpływ genów i tendencje rodzinne i wyszło mi tylko, że jeśli chodzi o szycie, dzierganie, malowanie, klejenie, fotografowanie a nawet robienie kompozycji z suchych traw czy też obrazów ze skóry to wszystko to było nieustająco dookoła praktykowane i pogłębiane przez najróżniejszych członków rodziny i ich znajomych.

Dorastałam w domu, w którym ciągle coś „się tworzyło”. Mama produkowała ogromne ilości szalonych swetrów- nietoperzy, szyła, malowała na szkle, tato robił piękne czarno- białe zdjęcia. Babcie i ciocie szyły, szydełkowały. Właściwie w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych mało kto tego NIE ROBIŁ.

Nic więc dziwnego, że sama nieustająco coś dłubałam i choć wiele z tych dziecinnych prób mnie rozczarowywało (tak! Pamiętam doskonale!), to jednak w spełnianiu marzeń materialnych bliższa mi była droga DIY niż droga kupna. Najczęściej nadal tak działam.

Ile razy stwierdzam „przydałoby się etui na okulary/ kosmetyczka/ szalik” i już rodzi się plan i natychmiast działam z takim zapałem jakby nic innego na świecie nie istniało by na końcu zauważyć w internetach, że normalni ludzie takie rzeczy kupują, często za grosze!

Poprzedni blog dokumentował moje twórcze szaleństwa w 100%, więc jeżeli macie ochotę tam zajrzeć to zapraszam serdecznie tu> KLIK

Ale co z tym początkiem? Uznałam, że było ich kilka i kilka potknięć po drodze.

Pierwszy więc jest taki, że handmadowo da się zrobić właściwie wszystko, serio! W tym przekonaniu ugruntowała mnie przeszłość więc wierzę i praktykuję.

Drugi jest taki, że każdy akt twórczy wiąże się z odpowiedzialnością i choć dojrzałam to zjawisko nie tak znowu dawno temu to jest ono nie mniej prawdziwe od pierwszego stwierdzenia. Kiedy „powołujemy do życia” jakikolwiek przedmiot to bierzemy odpowiedzialność za całe jego życie. Nie rozpływa się w powietrzu, kiedy wyrzucamy go do śmieci. Często więc- produkujemy śmieci.
Dlatego w swoich twórczych zapędach dobrze jest wykorzystywać naturalne materiały, z którymi przyroda sobie poradzi. Dobrze też nie produkować rzeczy nieprzydatnych:) Nie każdy pomysł jest warty realizacji, choć paluszki czasem świerzbią…

Trzeci wydarzył się dwa lata temu, gdy przestąpiłam progi Wielkiej Hurtowni.
Kilka razy do roku przemierzamy Polskę by spędzić jakiś czas u rodziców na wsi, za każdym razem mijając Łódź i największe znane mi centrum pasmanteryjnych rozrywek. Wielkie Hurtownie tkanin, guzików, drutów, igieł i tasiemek gdzie powierzchnię przeciętnej Biedronki zajmuje wyłącznie kraina zamków błyskawicznych. Nie trudno sobie wyobrazić, że za pierwszym razem byłam wstrząśnięta i już nigdy nie chciałam rezygnować z tego przystanku na trasie. Tam właśnie trafiłam na sznurki bawełniane w stu metrowych zwojach, wielu kolorach i przystępnej cenie.

I tak zaczęłam wyplatać koszyki…

IMG_2849
IMG_2320
IMG_2160
IMG_2060
IMG_2309

Bawełniany sznurek jest przyjemny w dotyku, ma idealną grubość, chropowatą, mięsistą teksturę. W sznurek udaje mi się wplatać bawełnę z odzysku czyli pocięte na paski tiszerty i cieszę się, że te kolorowe resztki znikają w taki sensowny sposób. Sensowny bo koszyk jest czymś praktycznym, nie „ozdóbką”. Można w nim przechowywać dodatkowe poduszki, pluszaki, gazety, można go złapać za skórzane uszy i przestawić w inne miejsce. Skórzane elementy też naturalnie pochodzą z odzysku. Pierwsze- były pociętą torbą- chlebakiem, należącą do nastoletniego Tomka, znalezioną po latach na strychu. Taka historia.

Jeżeli macie ochotę zajrzeć do naszego sklepiku na Etsy, zapraszam gorąco> KLIK

zatuszuj to!

IMG_5859
Przepiękną doprawdy miałam wizję tego posta i cudownego homemade’owego tuszu do rzęs, o którym za moment, jednakże życie, nie przesadzajmy, nie może być pasmem samych sukcesów a eksperymenty mają to do siebie, że raz się udają, a innym razem- zupełnie nie.

Niestety, o ile z kosmetykami pielęgnacyjnymi zmierzanie w stronę natury nie stanowi wielkiego problemu, z tak zwaną „kolorówką” nie jest łatwo. Szczególnie jeśli się tą kolorówkę próbuje uzyskać samodzielnie! I tak, mimo że drogeryjnego kremu nie kupowałam już bardzo dawno, to jednak róże, cienie czy mascary czasem się zdarzają…

Przepis na tusz do rzęs, znaleziony u Eli Gale, której youtubowy kanał serdecznie Wam polecam KLIK> ( a polecałam nie raz!) wywołał u mnie ogromną ekscytację, z podskokami i piruetami włącznie.
Jak byłoby pięknie, myślałam, jak wspaniale, gdyby on rzeczywiście działał, gdyby nie spływał z rzęs po 3 minutach i nie osypywał się grudami na policzki…

Pokonałam nawet tak znaczącą trudność jak brak dostępu do żelu aloesowego (lokalne apteki oferowały sok jedynie, z uporem twierdząc, ze o żelu nigdy i nigdzie nie słyszano) i przy okazji zakupów na I herbie niepostrzeżenie dorzuciłam do koszyka tubkę owego specyfiku nie wzbudzając u męża podejrzeń. Żel przyleciał. Prosto z Ameryki Drogie Koleżanki:)

Pełna zapału wzięłam się więc o siódmej rano do działania… ach, nie! Poczekajcie, najpierw było mycie buteleczki po zużytym komercyjnym tuszu (a fe!) i upapranie przy tym siebie oraz połowy łazienki. Jeśli nie macie doświadczenia w tej dziedzinie, to podpowiem, (choć generalnie to i tak nie ma sensu) że należy najpierw usunąć sekretną uszczelkę, tkwiącą w szyjce, która zabezpiecza tusz przed rozlaniem i zdejmuje ze szczoteczki nadmiary produktu. Nie miałam o tym pojęcia, więc wlewanie i wylewanie szarej wody trwało w nieskończoność. Mniejsza o to!

Przepis nie jest skomplikowany, toteż podczas mieszania udało mi się wszystko ślicznie obfotografować.

IMG_5828

1 łyżeczkę oleju kokosowego
0,5 łyżeczki wosku pszczelego

rozpuszczamy w kąpieli wodnej, później dodajemy:

3 łyżeczki żelu z aloesu
3 kapsułki węgla (takiego na zatrucia)
3 kropelki witaminy E
0,5- 1 łyżeczki glinki kosmetycznej

mieszamy dokładnie, przekładamy papkę do foliowego woreczka, odcinamy samiutki narożnik by przez ten otworek wcisnąć mascarę do czyściutkiej, suchej buteleczki.

U mnie w momencie wciskania, z torebeczki zaczęło niepokojąco kapać (pewnie żel popuszczał wodę) ale się nie zniechęcałam.

Z pewnością błędem podstawowym było zastąpienie kapsułek z węglem zwykłymi tabletkami (rozgniotłam je wprawdzie super dokładnie w moździerzu, ale okazało się to niewystarczające). Pigment musi być miałki jak pył. Wydaje mi się też, że węgla mogłoby być więcej, bo mój- nie zabarwił masy na „smołę”. To jeszcze dałoby się poprawić następnym razem…

Może żel z aloesu, który zamówiłam to jakiś bubel, może masa była za tłusta (podobno można to zmienić dodając więcej glinki), dość, że efekt rozczarowuje. Substancja nie osiada na szczoteczce (za dobrze ją umyłam?), daje się wprawdzie nanieść na rzęsy, ale później widnieją na nich niezłe grudy (nieszczęsny węgiel). Wszystko to nie byłoby jeszcze tragiczne, gdyby na tych rzęsach zastygało i pozostawało jakiś czas… Niestety! Rozpływa się w mgnieniu oka, że tak powiem:)

Taka bajka ku przestrodze… bo i tak życzę Wam zapału do eksperymentowania!
IMG_5844
IMG_5885
*oko gołe/ oko pomalowane

witamina C w kuchni czyli przepis na wegański twarożek

IMG_5700

Cudowna witamina C potrafi wyciągnąć nas z niejednej infekcji.
Niedawno zrobiło się jednak całkiem głośno o tym, że żółte drażetki kupowane w aptekach mają sporo wypełniaczy a często na osłodę dodatek szkodliwego dla człowieka aspartamu. W naszym domu zrezygnowaliśmy więc z tradycyjnych pigułek na rzecz czystego kwasu l- askorbinowego, kupowanego w kilogramowych opakowaniach i jedzonego łyżeczką. Więcej na temat leczenia dużymi dawkami witaminy C można przeczytać na przykład tu> KLIK. Warto spróbować!

Kiedy już przestałam się bać tego „chemicznego” proszku w laboratoryjnym opakowaniu> KLIK (bo i bać się nie ma czego!), kwas l- askorbinowy zamieszkał na stałe w naszej kuchni. Okazało się, że poza jedzeniem go łyżeczką czy rozpuszczaniem w wodzie w sytuacjach około-chorobowych, nadaje się on także do dokwaszania produktów spożywczych. Wpadliśmy na to zupełnym przypadkiem, kiedy robiąc zielony koktajl z jarmużem odkryliśmy brak grejpfruta. W końcu co za różnica czy wypijemy witaminę C w koktajlu czy w szklance wody? Idąc dalej tropem szalonych kulinarnych eksperymentów dorobiliśmy się dwóch genialnych przepisów, którymi muszę się nimi z Wami dzisiaj podzielić.

Zakwaszając bowiem mleko kokosowe, (nasze ulubione> KLIK), można bez problemu uzyskać wegańską kwaśną śmietanę, w niektórych przepisać bardzo wskazaną, a nawet, po dodaniu jaglanki, wegański twarożek!
Jedyna zasada, której warto się trzymać to używanie owego „twarożku” czy „śmietany” w przepisach/ w połączeniu z czosnkiem, który ostatecznie niweluje posmak kokosa:) U nas ostatnio królują tzatziki…

IMG_5691IMG_5698

„śmietana”:
– 2/3 kubka mleka kokosowego
– 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
– 1 płaska łyżeczka kwasu l- askorbinowego
– sól, pieprz, czosnek

Siemię lniane wpływa wyłącznie na zagęszczenie konsystencji, więc jeśli Wasze mleko tego nie potrzebuje, nie musicie go dodawać! Żeby siemię zadziałało, trzeba dać mu troszkę czasu (10 minut wystarczy), czyli mieszamy mleko z siemieniem i odstawiamy, przed podaniem dodając resztę składników.

„twarożek”:
– śmietanka z przepisu podstawowego
– pół kubka kaszy jaglanej, najlepiej takiej odrobinkę rozgotowanej

Jak widzicie na zdjęciach mój ulubiony „twarożek” występuje w towarzystwie pomidorów, ogórków małosolnych i zieleniny, co mąż nazywa „żarciem dla kaczek”. Kto wie dlaczego?

o minimalizmie, który chciałby być piękny

polki
Wiecie dobrze i ja też doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że odmian i definicji minimalizmu jest właściwie tyle ilu minimalistów:) Temat wałkowany jest wszędzie, od youtuba po wysokie obcasy i choć wydaje się, że wszystko już wiemy, to nadal są interpretacje, które wprawiają mnie w osłupienie.

Dygresja (lecz nie mogę się oprzeć!); Pewna youtuberka prezentowała na przykład przemianę swojej szafy ze standardowo przygraconej na „minimalistyczną”. Przemiana polegała na tym, by wszystkie kolorowe ciuchy i dodatki pochować w pudłach, a na wieszakach pozostawić zestaw monochromatyczny. Czyli generalnie zawartość pozostaje bez zmian, wprawdzie do części garderoby mamy utrudniony dostęp, ale za to reszta wygląda jak z elle deco. Tylko po co sobie utrudniać życie?

Można się śmiać z tego typu karkołomnych rozwiązań, pomyślałam, ale czy nie ma w tym szaleństwie prawdy i o mnie? O Tobie?
Ograniczanie liczby przedmiotów wciąż uważam za kluczowe. Jeżeli da się zastąpić kilka użytecznych rzeczy- jedną, wspaniale! Problemy zaczynają się, kiedy chcemy by te rzeczy były idealne.
Z jednej strony- skoro już mamy ich tak niewiele, to powinny przecież spełniać jak największą ilość kryteriów. Z drugiej jednak, w poszukiwaniu idealnych rzeczy znów koncentrujemy się na rzeczach jako takich, a najczęściej na tym jak te rzeczy wyglądają… Czy jest możliwe zrównoważenie tych zapędów?

Nie jest niczym złym poszukiwanie piękna, harmonii, komfortu, otaczanie się nim i jednoczesne eliminowanie bałaganu czy brzydoty. Z książki Marie Kondo „Magia sprzątania”, którą większość z Was pewnie kojarzy skoro czytacie ten tekst:) utkwiła mi w głowie opowieść o kobiecie, która posprzątała całe swoje mieszkanie, a nadal odczuwała jakiś dyskomfort. Wszystko miało swój sens i swoje miejsce, a jednak coś było nie tak. Tym „czymś” okazała się rzecz czysto estetyczna. Kobieta do segregowania przedmiotów w szafie użyła starych skrzynek/ kartonów po innych produktach. Skrzynki i kartony były oczywiście pełne naklejek, krzykliwych napisów i kolorów. Powodowało to niepokój i zagubienie przy każdym spojrzeniu na szafę.

Tworząc własny dom zrobiłam się zaskakująco poukładana. Na widoku lubię tylko rzeczy, które lubię. Pozostałe mają swoje wyznaczone miejsca, szufladki, przegródki… Sprawia mi autentyczną przyjemność odkładanie ich tam, układanie w określonym porządku. Są oczywiście rejony jeszcze nie sprecyzowane, wymagające pracy, ale to też dobrze- nie tkwimy przecież w stałym środowisku i nasz stan posiadania też jest poniekąd płynny. Czasem jednak, kiedy ekscytuję się „nowym porządkiem”, kiedy oklejam kolejny organizer do szuflady czy szaleję na punkcie pojemniczków doskonale wypełniających półkę, przychodzi wątpliwość: czy to nadal jest minimalizm?

masełko shea

IMG_5616

Znacie masło shea? Lubicie?
Ja bardzo! Z grubsza znałam jego zalety, ale nie jestem ekspertem a więcej informacji znajdziecie na przykład tu> KLIK
O ile podoba mi się działanie shea na skórę (miękkość i gładkość i wszystko na plus) to nie szaleję za jego twardą konsystencją. W temperaturze pokojowej masło pozostaje w stanie bryłki i roztapia się w dłoni pod wpływem ciepła- przy wmasowywaniu. Może tylko ja jestem taka niecierpliwa, ale kiedy część bryłki się roztapia, część sypie okruchami po ciele i plami wszelkie powierzchnie poniżej… pościel, dywanik łazienkowy… takie tam…
Znalazłam ostatnio świetny przepis na MUS/ masełko z shea, który zmienia jego konsystencję na zdecydowanie lżejszą i jeszcze pozwala wzbogacić smarowidło o kilka innych cennych składników. Wykonanie jest banalnie proste, więc koniecznie spróbujcie!

IMG_5576

składniki:

53g masła shea
26g oleju kokosowego
26g dowolnego PŁYNNEGO oleju (u mnie olej z pestek winogron bo nie zapycha porów)
3,5g wosku pszczelego (można pominąć)
¼ łyżeczki witaminy E
15 kropelek dowolnych olejków eterycznych (można pominąć)

IMG_5579

Shea, olej kokosowy, płynny olej oraz wosk topimy w kąpieli wodnej, pozostawiamy do przestygnięcia.
Płynną ale nie gorącą mieszankę wstawiamy do zamrażarki na 15- 20 minut (stwardnieje, ale będzie nadal dość miękka).
Po schłodzeniu dodajemy witaminę E oraz olejki eteryczne i miksujemy końcówką do ubijania piany z białek.
Masa z półprzezroczystej zrobi się biała, nabierając powietrza. Gotowy mus przekładamy do czystego, suchego słoiczka. Nie wymaga on przechowywania w lodówce, ale gdyby zaczął „płynąć” można go oczywiście schłodzić. Masło shea samo w sobie zawiera witaminę E a dodatkowa porcja i np. dodatek kilku kropli olejku z drzewa herbacianego są świetnymi naturalnymi konserwantami, więc nie trzeba się martwić o jego trwałość. Przypuszczam, że przetrzyma kilka miesięcy…
Ach, i jeszcze ważna informacja na lato- shea ma właściwości naturalnego filtra SPF 3-6!

IMG_5598IMG_5613

samotność

5
„ Samotność hodujemy dopóki ona nam coś daje. Podobnie z życiem towarzyskim, jeśli nam coś daje, to się w nie angażujemy. Kiedy w grupie doznajemy poczucia pustki, marnowania czasu i energii, to się z niej wycofujemy. To więc nie jest tak, że ja wydoroślałem i stałem się samowystarczający. Teraz nie znajduję… a może nie mam takiej umiejętności… dotarcia do grup ludzi, którzy potrafią sobie coś wspólnie dawać, a nie tylko udawać lub ograniczać się do wykonywania gestów i uczestniczenia w obrzędach. Obrzędy bez wiary i prawdziwego przeżycia są mi niepotrzebne.”
Zbigniew Joachimiak w rozmowie z Martą Fox, „Ogrodnicy Północy” Marta Fox

Tym tekstem pan Zbigniew Joachimiak, Gdański poeta, znany w końcu lat osiemdziesiątych podsumowuje w roku 1997 swoje relacje z dawnymi przyjaciółmi, z otoczeniem.

Odnalazłam to zdanie wczoraj przypadkiem, bo chętnie wracam do przeróżnych książek poetyckich a „Ogrodnicy Północy” są jakoś wyjątkowo bliscy ze względu na Gdańsk i czasy, do których mam sentyment… Dwie sprawy przykuły moją uwagę.
Jest to cytat obrazujący mój własny, dotychczasowy stosunek do samotności i do „innych”, bardzo więc bliski i zauważalny w morzu innych wypowiedzi, trafny! Dotąd bywam absolutnie samowystarczalna i jak mawia król Julian w Madagaskarze „tentegowanie” w mojej własnej głowie jest wystarczającą rozrywką. Ale postawa ta chwieje się coraz bardziej jak z mozołem budowany dom na zbyt kruchym fundamencie. Nie o to już bowiem chodzi, że mi jest wygodnie z samotnością, choć spór o to, że w każdym z nas siedzi ukryty hedonizm zaliczyłam z panią polonistką już w liceum; niezaprzeczalnie jest. Chodzi o ten moment kiedy ciężar przenosi się z JA na ONI i zaczynamy pytać, nie co ono nam daje (to wspomniane w cytacie życie towarzyskie) lecz co ja daję jemu? Co ja daję najbliższemu otoczeniu? Ludziom, którzy stają na mojej drodze? Być może czas zmienić perspektywę?
Druga rzecz to kwestia szczerości względem samego siebie. Obrzędy pozbawione przeżywania, choćby nie wiem jakim były misterium- nigdy mnie nie interesowały. Nie odnajduję się więc w przeróżnych zwyczajach i tradycjach, bo to co czuję jest zawsze ważniejsze. Nie rozumiem i nie czuję ślubnych ceremonii, wesel tym bardziej, powinności towarzyskich, manipulacji, kościelnych obrzędów a im mniej te wszystkie kulturowe warstwy rozumiem tym większą mam wiarę, tym sprawniejszy wewnętrzny kompas.
Samotność to rzecz piękna, byle nie była ucieczką.
Ważniejsze jest to co dajemy, skoro już umiemy świadomie czerpać.
Jeszcze ważniejsza jest szczerość. We wszystkim, bez wyjątków.

Od kilku dni polujemy z aparatem na świetliki, ale albo jest za jasno, albo robaczków za mało. Popatrzcie więc na te sprzed dwóch lat:

34IMG_0188

babeczki jaglane z borówkami

IMG_5533
IMG_5518

Nie ujawniałam się ostatnio z żadnymi przepisami, bo powiem Wam szczerze, że po kilku już latach wiecznych eksperymentów z kuchnią wegańską i ciągłego kombinowania, przyszedł czas na stabilizację:) Wypracowaliśmy sobie całkiem sporo zawsze sprawdzających się dań i zdecydowanie idziemy w stronę prostoty. Ponieważ nie są to żadne wielkie odkrycia kulinarne, nie mam też śmiałości zawracać Wam nimi głowy. Niektóre z ulubieńców zasługują jednak na uwiecznienie i tak też było z tymi babeczkami, chciałam im zrobić tylko zdjęcia. Robiłam je milion razy! Sprawdzały się wszędzie- na piknikach, w podróży i w domu (podróże znoszą całkiem nieźle co jest ich niewątpliwą zaletą) a przy tym… są zdrowe, bo składają się głównie z kaszy! Co Wy na to?

Babeczki składają się z trzech części a wszystkie z nich można naturalnie dowolnie modyfikować:

1. owoce: borówka amerykańska, jagody, wszystko co drobne i ładnie wygląda w połączeniu z budyniem:) Owoce ciasno układamy na dnie foremek.

IMG_5485

2. budyń z kaszy jaglanej: 1 szklankę kaszy jaglanej moczymy kilkakrotnie zmieniając wodę (minimum pół godziny). Ja często zapominam o niej nawet na kilka godzin… Przepłukujemy przed wsypaniem do garnka by pozbyć się resztek jaglanej goryczki. Kaszę zalewamy 1 szklanką mleka kokosowego i 0,5- 1 szklanki wody. Im więcej wody tym rzadszy będzie budyń a ma być on z gatunku tych gęstych, zamieniających się w beton:) Gotujemy słodząc daktylami lub ksylitolem (u mnie 3 łyżki). Rozgotowaną po ostygnięciu kaszę blendujemy na „budyń” i wypełniamy foremki.

IMG_5489

Budyń można udoskonalić dodając: odrobinę soku z cytryny- masa będzie wtedy bardziej sernikowa; startą skórkę pomarańczową (aromatyczna) lub ekstrakt waniliowy w proszku…

3. wiórki kokosowe: paczkę/ niecałą szklankę wiórków kokosowych prażymy na łyżeczce oleju kokosowego. Wiórkami dopełniamy foremki, mocno je dociskając.

IMG_5492
IMG_5493

Gotowe babeczki wstawiamy do lodówki na kilka godzin.

Z podanej porcji wychodzi około 20 babeczek. Smacznego!

IMG_5515

jak przetrwać okres?

2615d7a4b558edf9c2681e284cd68a47Po takim tytule pewnie spodziewasz się rad w stylu „zjedz tabliczkę czekolady, obejrzyj po raz setny Dziennik Bridget Jones a jutro będzie lepiej”. Nie! Nie tutaj! Nie mam wszak piętnastu lat a dużo więcej i długo już tego typu instrukcje wkurzają mnie swoją powierzchownością. No i… wiesz… to nie działa!:)

Należę do tej grupy kobiet, które co miesiąc naprawdę cierpią. Bardzo. Zmiana diety na wegańską i różnego rodzaju oczyszczania oraz detoksy nic w tej kwestii nie zmieniły. Złote myśli z gatunku „jak urodzisz dziecko to Ci przejdzie” też nieszczególnie się przydają w sytuacji gdy o dziecko trudno… i tak borykam się z problemem, powiedziałabym nawet, że borykamy się razem, bo obok wijącej się z bólu żony trudno przejść obojętnie, a jak policzę ile tabletek przeciwbólowych zjadłam w życiu to mi się robi słabo…

Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że w końcu wszystko jest „po coś” i skoro w innych momentach potrafię odczytywać komunikaty mojego ciała, to prawdopodobnie i tu ma mi ono coś do powiedzenia.
I nie jest to raczej: „nażryj się czekolady/ uzupełnij żelazo” ani „znieczul się durnym filmem/ odwróć uwagę”, cokolwiek by pisał Cosmopolitan czy inna Pani Domu.

Kiedyś w pewnych rejonach świata a w kilku kulturach plemiennych pewnie i dziś miesiączkujące kobiety oddalały się od reszty plemienia, spały gdzie indziej, przebywały w swoim towarzystwie, wspierały się i pomagały sobie wzajemnie. W Starym Testamencie kobieta miesiączkująca jest „nieczysta” i mnóstwo jest przepisów dotyczących okresowej separacji pomiędzy nią a resztą rodziny. Co byśmy nie myśleli o „nieczystości” jako takiej a ja sądzę, że to kwestia cechującego negatywnie tłumaczenia słowa, sam pomysł odosobnienia wydał mi się ciekawy.

Na pewno, jest to czas wyjątkowy w naszym comiesięcznym cyklu i jako taki należałoby go traktować. Nie wydaje mi się by spychanie tematu na margines, uczestniczenie w codzienności w ten sam sposób co zawsze, łykanie tabletek żeby był mniej zauważalny, ogłupianie się serialem i tym podobne techniki działały na naszą korzyść. Nie po to jest nam dany ten cykl byśmy go ignorowały. Postępując w zgodzie z własną „dynamiką” jesteśmy w zgodzie z własnym ciałem, dostrzegamy je na innym poziomie, to bardzo piękna lekcja o ile jesteś w stanie to zauważyć.

Przyszło mi do głowy, że wprawdzie izolacja w naszych życiowych realiach byłaby śmieszna (i skąd bym wzięła tą kobiecą grupę wsparcia chętną do koczowania pod namiotem?!) to jednak można okresowo wycofać się z pewnych obszarów skupiając uwagę na innych.
Na czym? Na kobiecości oczywiście.
Nigdy dotąd nie próbowałam nawet zdefiniować czym jest dla mnie kobiecość, nie mówiąc już o świadomym podejściu do jej budowania. Czy nie jest przypadkiem tak, że nasze ciała próbują nam o tym przypomnieć? Czy ból nie jest zwróceniem uwagi na fakt, że pewna część naszej osobowości pozostaje „niedorozwinięta”?

Mimo, że jestem na początku tej drogi, chcę się z Tobą podzielić moimi pomysłami jak przetrwać ten trudny czas, mam nadzieję, że będą pomocne!

Głowa:

1. Zdefiniuj czym jest dla Ciebie kobiecość. Zapisz to na kartce/ na komputerze, w punktach a może napisz wiersz na ten temat. Przekop źródła, które doprowadziły do tego a nie innego pojmowania kobiecości, zastanów się która z kobiet w rodzinie/ w najbliższym otoczeniu miała na Ciebie wpływ i jaki? Jakie postawy to w Tobie utwierdziło?

2. Pomyśl o rytuałach wyjątkowych dla tego czasu, które wzmacniałyby Twoją kobiecość w tych aspektach, które chcesz wzmocnić. Stwórz listę. Na co dzień często brak nam czasu na jakieś zabiegi pielęgnacyjne czy spotkania w babskim gronie, pomyśl co będzie dla Ciebie najlepszym wsparciem w bolesnych chwilach?

3. Separacja. Zauważyłam, że podczas miesiączki moja odporność psychiczna na „męski świat” spada do zera. Nie znaczy to, że musimy się od razu wyprowadzać, ale już wspólne oglądanie meczu jestem w stanie sobie odpuścić. Nie jestem wtedy wojowniczką, ba! Nie jestem nawet kibicem a krzyki tylko mnie wkurzają.

4. Dystans. Kiedy między mną a mężem robi się większa przestrzeń, bo każde zajmuje się swoim światem, wszystko nabiera realnych/ zdrowych proporcji. Jako istota wyskokowo- emocjonalna potrafię rozdmuchać w swoich myślach jakiś problem, tak, że przysłania mi on całą resztę, podczas gdy reszta nadal ma się dobrze. Warto nabrać dystansu.

5. Sztukoterapia. O sztukoterapii z dziećmi pisała niedawno moja koleżanka tutaj> KLIK
Kiedyś szycie poduchy- macicy> KLIK i malowanie waginy> KLIK wydawało mi się absurdalne, ale nie o racjonalizm tu chodzi, chodzi o terapię. Może więc dajmy szansę podobnym aktywnościom!

Ciało:

1. Pamiętaj, że ciało nigdy nie jest przeciwko Tobie. Nie stoi po drugiej stronie barykady by dać Ci popalić. Ból też nie zdarza się dlatego, by zrobić Ci na złość. Nie walcz z nim. Zaakceptuj. Zatroszcz się o nie, bo ono robi wszystko co w jego mocy by pozostać w jak najlepszej sprawności.

2. Skoro skurcze służą oczyszczaniu macicy, wykorzystaj ten czas na inne rytuały oczyszczające. Wszelkie detoksy, maseczki, picie czystka, a nawet palenie kadzidła… cokolwiek przyjdzie Ci do głowy, na pewno ma większy sens niż ibuprom.

3. Wino. Jako osoba nie pijąca alkoholu, jako zwolenniczka ekstremalnie zdrowej diety, zielonej herbaty i kaszy jaglanej muszę powiedzieć, że kieliszek wina, a nawet dwa, działa na mnie lepiej niż paracetamol! Paracetamol łagodzi ból, to prawda, choć nigdy nie docieram do momentu kiedy nie boli nic a nic, pozostawia natomiast (poza zatruciem organizmu- wszak nie jest landrynką) napięty odcinek lędźwiowy i promieniowanie skurczów na całą okolicę czyli brzuch, dół pleców i u mnie nogi (!). Miewałam tak straszne skurcze, że czułam się jak poddawane impulsom elektromagnetycznym żabie udko… Wino:) Rozluźnia.

4. Troska. Wiesz, coś jak okrywanie kogoś kocykiem:) Gdyby Twoja macica była odrębną osobą, którą męczą torsje, co zrobiłabyś by jej pomóc? Ciepłe okłady, masaże odcinka lędźwiowego i okolic rozluźniają, podobno dobrze działają określone pozycje jogi ale moja sytuacja jest zbyt ekstremalna by próbować. Jeśli możesz- spróbuj. Ukochaj ją.

5. Outfit. Fajnym pomysłem wydaje mi się zaplanowanie pewnego uniformu ubraniowego na ten czas. Coś co będzie miękkie, przyjemne w dotyku, kobiece, w czym będziemy czuły się wyjątkowo, a jednocześnie coś wygodnego, co sprawdzi się w podobnych okolicznościach.

Jeśli spodobały Ci się moje pomysły, lub masz jakiej inne okresowe rytuały, koniecznie napisz w komentarzach. Kiedy już bardziej wypracuję swoją drogę postępowania- na pewno się nią podzielę na blogu!

Ilustracja: [1]

 

poddupnik

W idealnym życiu moja praca nie polegałaby na spędzaniu wielu godzin przed komputerem na biurowym krzesełku, na którym przyjmuję ekstremalnie niezdrowe pozycje a przerw robię zbyt mało i zbyt krótkie… W życiu realnym natomiast tak się zdarza. Wcale na ten fakt nie narzekam. Zazwyczaj bowiem przykuwa mnie do stanowiska pracy totalny szał twórczy, flow i jak zwał tak zwał, są to chwile przyjemne. Zdarza się więc wielogodzinne siedzenie, z nogami pod brodą, „po turecku”, krzywienie (się), garbienie, pokrzykiwanie męża „jak Ty siedzisz?!”. Przy lepszych umiejętnościach akrobatycznych być może uda mi się kiedyś zawijać w bardziej zdrowy i ergonomiczny precelek. Póki co jednak… siedzę.

Próbowałam stać, chodzić na steperze, testowałam balansowanie na piłce- można te urozmaicenia stosować z powodzeniem i prawdopodobnie- należy, najczęściej jednak potrzeba skupienia i precyzji wygrywa, tym samym wygrywa też biurowe krzesło. A biurowe krzesło, jak wszyscy wiemy, nawet najbardziej wygodne, z odpowiednimi podparciami, kątami i podłokietnikami, składa się z tworzyw sztucznych. Pomijając konstrukcję, bo tu zależnie od modelu i producenta występują przecież różnice, siedzisko ZAWSZE jest z tkaniny poliestrowej lub sztucznej skóry, a jego wypełnienie to również przeróżne pianki i gąbki. Często tkaniny te i/ lub wypełnienia są dodatkowo impregnowane, mogą być plamoodporne, np. z dodatkiem teflonu, lub ognioodporne (toksyczny BPHA).
Czyli mamy pupę przyklejoną do nieoddychającej plastikowej mieszanki przez wiele godzin godzin dziennie, tak, jakbyśmy całe dorosłe życie spędzali w pampersach. I nigdy z tego nie wyrastamy niestety…
Mimo, że koronkowe majty dawno zastąpiliśmy bawełnianymi, mimo dbałości o higienę i mimo rozwagi w wyborze kosmetyków, nadal możemy borykać się ze stanami zapalnymi, podrażnieniami, alergiami w okolicach intymnych, czy wypryskami na pośladkach.

Co z tym zrobić? Oczywiście fajnie byłoby ograniczyć samo siedzenie, a przynajmniej robić przerwy:)
Przede wszystkim jednak doskonale działa IZOLACJA. Innymi słowy „poddupnik”. Poddupnik to poduszka, wielkości siedziska (może być poszewka na jasiek) z naturalnej i oddychającej tkaniny (bawełna/ len). Jasiek, koniecznie zapinany na zamek, wypełniamy nie gąbką i nie watą poliestrową , ale łuską gryki. Łuska gryki działa antyalergicznie, przeciwzapalnie, więcej na jej temat znajdziecie w poście o gryczanych jaśkach [KLIK]. Wypełniamy poduchę w takim stopniu by wygodnie nam było na nim siedzieć, nie może być twarda jak kamień:) Kiedy chcemy uprać poszewkę, łuskę gryki wysypujemy i wietrzymy jeden dzień na słońcu, po praniu wsypujemy ponownie.

il_fullxfull.928309659_1xoeil_fullxfull.928567254_oebt

Cóż, może nie jest to rozwiązanie zgodne z wizją projektanta biurowych krzeseł, ale myślę, że estetycznie nie taka znowu tragedia a przecież działa! Co myślicie o plastikowych krzesłach? Jak sobie z nimi radzicie? Jeśli mój pomysł Ci się spodobał, koniecznie daj znać!

źródła zdjęć: [1] [2]

Post ten pojawił się także na naszym pracownianym blogu. Jeżeli interesuje Cię tematyka ekologicznych wnętrz, koniecznie zajrzyj na regreen.com.pl

DIY: mgiełka do twarzy

IMG_5307
Odkąd moja cera z mieszanej- przetłuszczającej się przeszła w stronę mieszanej- suchej miewam dziwne zachcianki…:) Dziwne, dlatego, że nigdy wcześniej nie miałam potrzeby posiadania ani używania takich produktów jak płyny miceralne czy mgiełki do twarzy. Toniki znałam z czasów nastoletnich kiedy miały ujarzmiać skłonną do wyprysków skórę a krem nawilżający był głównym bohaterem mojej pielęgnacji i prawda jest taka, że wszystkie te dodatki traktowałam jak kaprysy kosmetycznych pasjonatek.

Jak bardzo się myliłam!

Jako, że aktualnie nawilżenia wciąż mało i w ostatnich upalnych dniach spędzanych troszkę bardziej na powietrzu czułam się jak owiana pustynnym wiatrem, zrobiłam sobie mgiełkę do twarzy. Jest tak przyjemna i łatwa w przygotowaniu, że muszę się z Wami podzielić przepisem.

IMG_5341

Potrzebujemy:
– buteleczki z atomizerem. Miałam szklaną, brązową, zakupioną na inne kosmetyczne potrzeby ale może to być buteleczka po innym zużytym produkcie.
– 2 łyżki suszu roślinnego na którym będziemy bazować. Mogą to być: kwiaty lawendy, kwiaty nagietka, rumianku czy zielona herbata- zależnie od Waszych potrzeb i preferencji. U mnie wygrał nagietek. Susz zalewamy wrzątkiem (250-330ml) i zaparzamy jak zwykłą herbatkę. Po kilkunastu minutach odcedzamy i czekamy aż ostygnie.
– 10 kropli olejku eterycznego, również dowolnego. Może być: lawenda, drzewo herbaciane, kojący i chłodzący eukaliptus czy mięta lub orzeźwiająca pomarańcza. Lawenda i drzewo herbaciane ma dodatkowo właściwości antyseptyczne i będą naturalnym konserwantem.

„Mgiełki do twarzy:
– Oczyszczają skórę
– Odświeżają i orzeźwiają
– Rozświetlają, nawilżają i tonizują skórę
– Utrwalają makijaż
– Koją skórę”

IMG_5313

Jestem zachwycona kojącym działaniem tej prostej mieszanki. Z trwałością produktu pewnie nie będzie rewelacyjnie, dam Wam znać. W końcu to tylko ziołowy napar, ale trzymanie go w lodówce powinno troszkę pomóc a chłodzić tez będzie skuteczniej. No i ten zapach! Ostatnio uwielbiam zapach drzewa herbacianego, najchętniej zrobiłabym takie perfumy:)
Jeśli spodobał Ci się ten pomysł lub planujesz swoją ukochaną kompozycję, koniecznie zostaw komentarz!