czas rozliczeń

Ponieważ na wielu blogach nadszedł teraz czas podsumowań i refleksji nad minionym rokiem, nie ma zmiłuj i coś podsumować należy!
Nudy i rzeczy poważne pozostaną moją tajemnicą, nie jest to bowiem dla nikogo z czytelników treść atrakcyjna, że się człowiek nierównomiernie rozwija i kilka dziedzin w życiu mu podupada.

Jest za to jeden ogromny pozytyw, którym podzielę się z miłą chęcią.
Pierwszy raz w życiu jestem tak ogarnięta/ świadoma/ uświadomiona? w tematach kosmetyczno- pielęgnacyjnych. Cztery czy pięć lat temu stawiałam pierwsze kroki wyrzucając z łazienki całe chemiczne zło, ale oznaczało to mniej więcej tyle, że do dyspozycji pozostawało szare mydło, ocet i jakiś olej… Łatwo się więc domyślić, że efekty tych „zabiegów” bywały różne. Nigdy też, w czasach toksycznej, drogeryjnej przeszłości nie byłam kosmetycznym ekspertem a temat pociągał mnie umiarkowanie.
Przeryłam sporo blogów, vlogów i książek, przy czym te ostanie zaczęły się pojawiać na naszym rynku nie tak dawno! I wreszcie mam wrażenie, że mniej więcej rozumiem czego potrzebuje moja skóra i jak się o nią troszczyć. A już najmilsze ze wszystkiego jest to, że czasem widać efekty! Bywamy w coraz lepszej kondycji, brawo;)

Ostatnim odkryciem i jednocześnie ogromnym ulubieńcem stał się balsam do mycia twarzy, z przepisu Czarszki, który od ukręcenia towarzyszy mi codziennie. Jest wspaniałą alternatywą dla OCM, którego zawsze bałam się ze względu na cerę naczynkową, nie wspominając o moich własnych przepisach na facewash’e > KLIK, które ze względu na peelingujące drobinki też mogą powodować podrażnienia.

I jeszcze jedno- zapach! Uwielbiam zapachy zielarskie, męskie, konkretne, nie szaleję natomiast za słodkimi: owocowymi, kwiatowymi… Balsam pachnący olejkiem rozmarynowym i drzewem herbacianym mógłby jak dla mnie robić za perfumy. Jest to więc najbardziej relaksujący wieczorny rytuał w moim domowym SPA. Polecam Wam gorąco!

IMG_7416
IMG_7426
IMG_7672

Przepis na balsam i metodę używania go znajdziecie tutaj > KLIK

priorytetowa sprawia rzęs

IMG_7166

Gdyby ktoś trzy miesiące temu zapytał „jak dbam o rzęsy?” spojrzałabym z niedowierzaniem i szybko zmieniła temat… No jak? Myję buzię i nie sypiam w makijażu i to tyle! Co niby można z nimi robić? Jest jakiś specjalny krem?

Faktem jest, że jako osoba ciemnowłosa z naturalnie ciemną oprawą oczu- nigdy nie wpadłam na pomysł by robić cokolwiek poza używaniem maskary (Jeśli interesuje Cię temat tuszu DIY to zapraszam tutaj > KLIK) a maskara leży w obszarze zgoła innym niż pielęgnacja, wiadomo.
Kilka tygodni temu odwiedzona zostałam przez kochaną koleżankę, którą widuję zdecydowanie zbyt rzadko (Kasia, o Tobie!) i której oczy ocieniał tak powiększony od ostatniego spotkania wachlarz rzęs, że nie mogłam nie spytać co i jak.

Okazało się, że znów omija mnie pokaźny pakiet informacji, zabiegów i cały rzęsowy świat po prostu.
Czy kiedyś nadążę?
Rzęsy można doklejać (to akurat wiedziałam) zagęszczać (!) także prowokować do szybkiego, bujnego wzrostu. Do wyboru, do koloru i co kto lubi!
Doklejanie, przedłużanie i zagęszczanie wydały mi się równie inwazyjne jak botoks, postanowiłam jednakże zgłębić temat odżywek, uznając wprawdzie że to kaprys, ale kto bogatemu zabroni?:)

Znajoma wizażystka zagadnięta o odżywki natychmiast pomachała mi przed nosem ulotką long4lashes (Oceanic) namawiając do testowania. Internety natomiast podały, że long4lashes to najlepsza z odżywek w średniej grupie cenowej (80zł), które w ogóle działają. Są też inne, bardziej luksusowe marki za około 300 zł. Ojej, westchnęłam pod nosem i jak to ja, cztałam dalej.

Co ta odżywka w sobie ma, że działa i jak działa?
Podobno tym aktywnym składnikiem, jest bimatoprost, który hamuje wypadanie rzęs, przez co- pozostają one z nami dłużej niż w normalnym cyklu, są więc dłuższe i wyglądają „porządniej”. Nie brzmi to zachwycająco, przyznacie? Odżywka, która nic nie odżywia, tylko zaburza naturalny cykl organizmu? Ale to jeszcze nic, bo jest o wiele gorzej!

„Bimatoprost to substancja aktywna, będąca syntetyczną pochodną prostaglandyn – hormonów, które występują naturalnie w naszym organizmie.
Może powodować między innymi: przekrwienie spojówek, świąd, stany zapalne rogówki i spojówki, uczucie pieczenia i podrażnienia oczu, łzawienie, pogorszenie ostrości widzenia, ból oka i głowy, wzmożoną pigmentację tęczówki (barwnej części oka) oraz skóry wokół oczodołu, wynikającą ze zwiększenia zawartości melaniny w melanocytach. Ciemnienie skóry wokół oka powinno ustać po kilku tygodniach lub miesiącach od zaprzestania stosowania bimatoprostu, jednak inne efekty uboczne, takie jak zmiany zabarwienia tęczówki, mogą mieć charakter trwały.„
*

Jak to jednak dobrze, powiedziałam, nie poddawać się zbiorowemu szaleństwu. Żeby nie było, że nie robię z rzęsami NIC poszłam do apteki kupić olej rycynowy za całe 3 zł. Wprawdzie rozpuszczone na hormonalnych odżywkach bloggerki urodowe zarzekały się, że z olejem efekty są nikłe a jeśli są to wieki całe ich nie zobaczę, chciałam to sprawdzić na własnym oku.

IMG_7157

Z olejem rycynowym obchodzę się tak: wylewam kropelkę (jest strasznie gęsty) na dłoń, wcieram olejek w czystą szczoteczkę po tuszu do rzęs i „tuszuję” porządnie po całości. Pozostałością częstuję nawet brwi, niech mają, a co!

No i proszę. Po 4 tygodniach rzęsy wypiękniały. Są dłuższe, grubsze i nie mogę się nadziwić, że to działa! Bez hormonów.
Nie wierzcie bloggerkom;)

*źródło cytatu > KLIK

sugar scrub czyli „perfekcyjna pani domu”

IMG_7114c

Nasz domowy system zaopatrzenia jest dość nietypowy. Tworzymy rodzinę zaledwie dwuosobową, a wszystko kupujemy hurtem. Potem to „hurtem” upychać trzeba w szafkach i domykać kolanem, ale w przyczyny nie będę się dziś wdawać, bo to temat na cały długi wpis, który może kiedyś nawet napiszę;)

Przy zakupach 10 kg mąki czy kaszy warto się zabezpieczyć przed molami i innym robactwem, co mówię z doświadczenia własnego, plaga ta bowiem dotknęła nas kilka lat temu boleśnie dziesiątkując zapasy i dając poważne powody do zwątpienia w cały zawiły zakupowy proceder.
Jako, że mądry Polak po szkodzie, zaopatrzyliśmy się wtedy w plastikowe kontenerki mieszczące akurat idealnie po 3 kilogramowe paczki mąki czy jaglanki. W szczelnych kontenerkach robale nie mają szans na większą ekspansję i przeczuwając to na pewno- zupełnie dały nam spokój.

Kontenerki mają jednak pewien minus- nie dają możliwości upychania się po kątach, lub też kąty są za małe? Mimo kilku fajnych schowków, część zapasów- szczelnie zamknięta, wyprowadziła się do piwnicy…

Rewidowanie tejże nie zdarza się znowu tak często (ja), bywa także powierzchowne (mężowski nalot) w związku z czym udało mi się ostatnio trafić na bardzo już archiwalny kontenerek zawierający 3 kilogramy cukru kryształ (!) Dziwiąc się ogromnie gotowa byłam uwierzyć, że ktoś z sąsiadów podrzucił nam ten nietypowy prezent, cukru bowiem nie jemy od lat… Niewątpliwie jednak kontenerek pochodził z naszego zestawu, wyprzeć się więc niechcianej zawartości nie da rady.

W mojej otępiałej głowie natychmiast zrodził się zestaw pytań: czy cukier może się przeterminować i po jakim czasie? Czy można go komuś oddać? (przecież są tacy co kupują), jak go wykorzystać bez strat dla zdrowia? (Ci co kupują działają na swoją niekorzyść przecież)…

I teraz uwaga, bo mam kolejny dowód swej nadzwyczajnej gospodarności i możecie mnie nawet nominować do tytułu „perfekcyjnej pani domu”. Jest pomysł! Jeśli masz stary cukier- zrób sobie peeling! Jest to najmniej szkodliwy dla zdrowia sposób wykorzystania cukru jaki znam:)

IMG_7101

Potrzebne będą:

1 szkl. cukru (biały/ brązowy/ przeterminowany lub prosto ze sklepu)
1/3 szkl. oleju z pestek winogron/ oliwy z oliwek lub inny płynny olej, z którym Wasza skóra się lubi
olejek eteryczny dla przyjemności własnej wyłącznie (10-15 kropelek)

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie i przekładamy do czystego, suchego pojemniczka. Uzyskaną konsystencję nazwałabym „mokry piach”;)

IMG_7108
IMG_7112

Ze scrubu korzystamy standardowo pod prysznicem, nacierając skrupulatnie te partie ciała, którym należy się odnowa a potem równie skrupulatnie szorując brodzik substancją silnie odtłuszczającą, może być nawet płyn do mycia naczyń.

Pominięcie ostatniego kroku da nam efekt wspaniałej miękkiej, nawilżonej skóry ale grozi poślizgiem/ upadkiem i wybiciem zębów przez kolejnego użytkownika łazienki.

IMG_7125

czym myć włosy naturalnie?

woman-586185_1920

Zacznę od tego, że zafascynowana zielskiem, metodą no poo oraz sodą przerobiłam już mycie włosów WSZYSTKIM o czym tylko przeczytałam, że się do mycia nadaje a także nie mycie ich zupełnie…
Testowałam na moich biednych włosach na przestrzeni ostatnich czterech lat przeróżne mydła (szampony w kostce), sodę, ocet, orzechy piorące, glinkę, jajka, mąkę, ziołowe wywary a nawet kilka „ekologicznych” szamponów drogeryjnych. Najczęściej nie były to pomysły trafione ale mój zapał jakoś nie gasł, sama nie wiem czemu, może lubię eksperymenty?

Zanim jednak rozwinę przed Waszymi oczami ten cudowny wachlarz naturalnych możliwości muszę dodać, że byłam w tej dziedzinie człowiekiem czynu, nie teorii… Mogłoby to być nawet radosną rozrywką nudnej codzienności, gdyby się na końcu nie okazało, że teoria ma znaczenie a wiedzę należy pogłębiać!
Po wszystkich tych próbach wyszło mi po prostu, że z jednymi produktami włosy moje się lubią, nawet kochają, z innymi natomiast toczą wojnę i okazuje się niebezpodstawnie. Dociekając bowiem dlaczego akurat te a nie inne, trafiłam w sieci na zawiły wątek porowatości włosów…

Nie wiem jak Wy, ale ja w swej ignorancji sądziłam do niedawna, że włosy dzielą się na suche/ normalne/ przetłuszczające się/ ewentualnie z łupieżem- jak w reklamach:P Nie czas się teraz rozwodzić, ale mamy też włosy niskoporowate/ średnioporowate i wysokoporowate. I tu zaczyna się zabawa. Każde z nich potrzebują innych składników odżywczych i każde z nich lubią inne traktowanie.

Włosy nisko i średnioporowate można doprowadzić do stanu wysokiej porowatości niszcząc je farbowaniem, temperaturą czy innymi zabiegami unoszącymi łuskę włosa. Można też mieć włosy wysokoporowate z natury i ja właśnie takie mam. Są cienkie, delikatne, puszą się, elektryzują (kiedy są długie- nigdy nie udaje mi się wytrwać w rozpuszczonych), szybko chłoną farby i długo schną, a przede wszystkim uwielbiają proteiny!

Piszę ten długaśny wstęp bo nawet najdłuższy wstęp czyta się szybciej niż przeprowadza nieudane eksperymenty, wiadomo…
Czym więc myłam moje wysokoporowate włosy i jak to działało?

wlosyA

1. sodą oczyszczoną.

Bardzo dobrze odtłuszcza, pozostawia włosy szorstkie i sianowate. Na dłuższą metę możemy się spodziewać problemów z końcówkami i łamliwością.

2. orzechy piorące.

Podobnie jak w przypadku sody, dobrze odtłuszcza i niestety wysusza. Niemożliwie piecze w oczy więc uważajcie. Stopień wysuszenia zależy od tego jak bardzo nasz wywar z orzechów jest skoncentrowany. Dużo orzechów+ mało wody wprawdzie może wysuszać ale ładnie się pieni. Mało orzechów+ dużo wody jest pewnie zdrowszą proporcją.

3. glinka kosmetyczna.

Używałam glinki czerwonej oraz białej, za każdym razem rezultaty były opłakane. Nie domywa włosów i jest bardzo trudna do spłukania, nie mówiąc o upaćkaniu połowy łazienki…

4. mydło marsylskie.

Mycie włosów mydłem podobało mi się z pobudek minimalistycznych (jeden produkt do wszystkiego!) i długo przy nim trwałam, ale włosy wyglądały w miarę dobrze tylko po wypłukaniu ich wodą z octem lub wodą z sokiem cytrynowym. Bez tego są szorstkie i jakby niedomyte. Nie szaleję za zapachem octu:)

5. ocet.

Sam ocet/ woda z octem też sprawdza się nieźle i pewnie w przypadku innego rodzaju włosa miałoby to sens. Moje podatne, miękkie i delikatne włosy były jeszcze bardziej miękkie i lejące, bezbłędnie więc przyklejały się do czaszki… No i znów kwestia zapachu. Wprawdzie po myciu się go nie czuje, ale przyjemność to nie jest.

6. mydlnica lekarska.

Wywar z mydlnicy tak jak wywar z orzechów piorących zawiera saponiny, można więc w nim prać, oraz myć. Działał u mnie dokładnie tak jak orzechy. Przy większym stężeniu- za mocno, przy mniejszym- za mało piany. Wywar można przygotowywać z całej rośliny, z kwiatami, jeśli znajdziemy ją na dziko w sezonie albo z suszonego korzenia, przy czym ten drugi jest produktem wybitnie śmierdzącym. Bardzo.

egg-1467336_1920

7. żółtko.

Żółtko ma mnóstwo składników odżywczych: witamin, minerałów, protein i z tych wszystkich powodów moje włosy kochają mycie żółtkami. Są odżywione, błyszczące ale uniesione u nasady. Szczęśliwe po prostu. Niestety dostęp do zdrowych jajek mam bardzo rzadko, klatkowych nie kupujemy a te naturalne- jak już są- na wagę złota.

flour-186563_1920 copy

8. mąka z ciecierzycy.

Jak dotąd mąka z ciecierzycy to mój ulubieniec. Z powodu protein włosy ją uwielbiają! Wyglądają podobnie jak po żółtkach czyli uniesione u nasady, jakby grubsze (?!), dożywione. Może nie tak jak przy żółtku błyszczące, ale za to z dostępem do mąki nie ma problemu. No i jest to metoda w 100% wegańska.

Bardzo chciałabym poczytać jakie macie doświadczenia z naturalnym myciem włosów i jakich macie ulubieńców? Piszcie koniecznie!

koszyki

IMG_2532

Nie pamiętam od czego się zaczęło to wszystko a im bardziej próbuję sobie przypomnieć, tym bardziej wydaje mi się, że nigdy się nie zaczęło, że trwa od zawsze. Zgrabnie nawet całkiem sobie poukładałam w głowie, przemyślałam wpływ genów i tendencje rodzinne i wyszło mi tylko, że jeśli chodzi o szycie, dzierganie, malowanie, klejenie, fotografowanie a nawet robienie kompozycji z suchych traw czy też obrazów ze skóry to wszystko to było nieustająco dookoła praktykowane i pogłębiane przez najróżniejszych członków rodziny i ich znajomych.

Dorastałam w domu, w którym ciągle coś „się tworzyło”. Mama produkowała ogromne ilości szalonych swetrów- nietoperzy, szyła, malowała na szkle, tato robił piękne czarno- białe zdjęcia. Babcie i ciocie szyły, szydełkowały. Właściwie w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych mało kto tego NIE ROBIŁ.

Nic więc dziwnego, że sama nieustająco coś dłubałam i choć wiele z tych dziecinnych prób mnie rozczarowywało (tak! Pamiętam doskonale!), to jednak w spełnianiu marzeń materialnych bliższa mi była droga DIY niż droga kupna. Najczęściej nadal tak działam.

Ile razy stwierdzam „przydałoby się etui na okulary/ kosmetyczka/ szalik” i już rodzi się plan i natychmiast działam z takim zapałem jakby nic innego na świecie nie istniało by na końcu zauważyć w internetach, że normalni ludzie takie rzeczy kupują, często za grosze!

Poprzedni blog dokumentował moje twórcze szaleństwa w 100%, więc jeżeli macie ochotę tam zajrzeć to zapraszam serdecznie tu> KLIK

Ale co z tym początkiem? Uznałam, że było ich kilka i kilka potknięć po drodze.

Pierwszy więc jest taki, że handmadowo da się zrobić właściwie wszystko, serio! W tym przekonaniu ugruntowała mnie przeszłość więc wierzę i praktykuję.

Drugi jest taki, że każdy akt twórczy wiąże się z odpowiedzialnością i choć dojrzałam to zjawisko nie tak znowu dawno temu to jest ono nie mniej prawdziwe od pierwszego stwierdzenia. Kiedy „powołujemy do życia” jakikolwiek przedmiot to bierzemy odpowiedzialność za całe jego życie. Nie rozpływa się w powietrzu, kiedy wyrzucamy go do śmieci. Często więc- produkujemy śmieci.
Dlatego w swoich twórczych zapędach dobrze jest wykorzystywać naturalne materiały, z którymi przyroda sobie poradzi. Dobrze też nie produkować rzeczy nieprzydatnych:) Nie każdy pomysł jest warty realizacji, choć paluszki czasem świerzbią…

Trzeci wydarzył się dwa lata temu, gdy przestąpiłam progi Wielkiej Hurtowni.
Kilka razy do roku przemierzamy Polskę by spędzić jakiś czas u rodziców na wsi, za każdym razem mijając Łódź i największe znane mi centrum pasmanteryjnych rozrywek. Wielkie Hurtownie tkanin, guzików, drutów, igieł i tasiemek gdzie powierzchnię przeciętnej Biedronki zajmuje wyłącznie kraina zamków błyskawicznych. Nie trudno sobie wyobrazić, że za pierwszym razem byłam wstrząśnięta i już nigdy nie chciałam rezygnować z tego przystanku na trasie. Tam właśnie trafiłam na sznurki bawełniane w stu metrowych zwojach, wielu kolorach i przystępnej cenie.

I tak zaczęłam wyplatać koszyki…

IMG_2849
IMG_2320
IMG_2160
IMG_2060
IMG_2309

Bawełniany sznurek jest przyjemny w dotyku, ma idealną grubość, chropowatą, mięsistą teksturę. W sznurek udaje mi się wplatać bawełnę z odzysku czyli pocięte na paski tiszerty i cieszę się, że te kolorowe resztki znikają w taki sensowny sposób. Sensowny bo koszyk jest czymś praktycznym, nie „ozdóbką”. Można w nim przechowywać dodatkowe poduszki, pluszaki, gazety, można go złapać za skórzane uszy i przestawić w inne miejsce. Skórzane elementy też naturalnie pochodzą z odzysku. Pierwsze- były pociętą torbą- chlebakiem, należącą do nastoletniego Tomka, znalezioną po latach na strychu. Taka historia.

Jeżeli macie ochotę zajrzeć do naszego sklepiku na Etsy, zapraszam gorąco> KLIK

zatuszuj to!

IMG_5859
Przepiękną doprawdy miałam wizję tego posta i cudownego homemade’owego tuszu do rzęs, o którym za moment, jednakże życie, nie przesadzajmy, nie może być pasmem samych sukcesów a eksperymenty mają to do siebie, że raz się udają, a innym razem- zupełnie nie.

Niestety, o ile z kosmetykami pielęgnacyjnymi zmierzanie w stronę natury nie stanowi wielkiego problemu, z tak zwaną „kolorówką” nie jest łatwo. Szczególnie jeśli się tą kolorówkę próbuje uzyskać samodzielnie! I tak, mimo że drogeryjnego kremu nie kupowałam już bardzo dawno, to jednak róże, cienie czy mascary czasem się zdarzają…

Przepis na tusz do rzęs, znaleziony u Eli Gale, której youtubowy kanał serdecznie Wam polecam KLIK> ( a polecałam nie raz!) wywołał u mnie ogromną ekscytację, z podskokami i piruetami włącznie.
Jak byłoby pięknie, myślałam, jak wspaniale, gdyby on rzeczywiście działał, gdyby nie spływał z rzęs po 3 minutach i nie osypywał się grudami na policzki…

Pokonałam nawet tak znaczącą trudność jak brak dostępu do żelu aloesowego (lokalne apteki oferowały sok jedynie, z uporem twierdząc, ze o żelu nigdy i nigdzie nie słyszano) i przy okazji zakupów na I herbie niepostrzeżenie dorzuciłam do koszyka tubkę owego specyfiku nie wzbudzając u męża podejrzeń. Żel przyleciał. Prosto z Ameryki Drogie Koleżanki:)

Pełna zapału wzięłam się więc o siódmej rano do działania… ach, nie! Poczekajcie, najpierw było mycie buteleczki po zużytym komercyjnym tuszu (a fe!) i upapranie przy tym siebie oraz połowy łazienki. Jeśli nie macie doświadczenia w tej dziedzinie, to podpowiem, (choć generalnie to i tak nie ma sensu) że należy najpierw usunąć sekretną uszczelkę, tkwiącą w szyjce, która zabezpiecza tusz przed rozlaniem i zdejmuje ze szczoteczki nadmiary produktu. Nie miałam o tym pojęcia, więc wlewanie i wylewanie szarej wody trwało w nieskończoność. Mniejsza o to!

Przepis nie jest skomplikowany, toteż podczas mieszania udało mi się wszystko ślicznie obfotografować.

IMG_5828

1 łyżeczkę oleju kokosowego
0,5 łyżeczki wosku pszczelego

rozpuszczamy w kąpieli wodnej, później dodajemy:

3 łyżeczki żelu z aloesu
3 kapsułki węgla (takiego na zatrucia)
3 kropelki witaminy E
0,5- 1 łyżeczki glinki kosmetycznej

mieszamy dokładnie, przekładamy papkę do foliowego woreczka, odcinamy samiutki narożnik by przez ten otworek wcisnąć mascarę do czyściutkiej, suchej buteleczki.

U mnie w momencie wciskania, z torebeczki zaczęło niepokojąco kapać (pewnie żel popuszczał wodę) ale się nie zniechęcałam.

Z pewnością błędem podstawowym było zastąpienie kapsułek z węglem zwykłymi tabletkami (rozgniotłam je wprawdzie super dokładnie w moździerzu, ale okazało się to niewystarczające). Pigment musi być miałki jak pył. Wydaje mi się też, że węgla mogłoby być więcej, bo mój- nie zabarwił masy na „smołę”. To jeszcze dałoby się poprawić następnym razem…

Może żel z aloesu, który zamówiłam to jakiś bubel, może masa była za tłusta (podobno można to zmienić dodając więcej glinki), dość, że efekt rozczarowuje. Substancja nie osiada na szczoteczce (za dobrze ją umyłam?), daje się wprawdzie nanieść na rzęsy, ale później widnieją na nich niezłe grudy (nieszczęsny węgiel). Wszystko to nie byłoby jeszcze tragiczne, gdyby na tych rzęsach zastygało i pozostawało jakiś czas… Niestety! Rozpływa się w mgnieniu oka, że tak powiem:)

Taka bajka ku przestrodze… bo i tak życzę Wam zapału do eksperymentowania!
IMG_5844
IMG_5885
*oko gołe/ oko pomalowane

masełko shea

IMG_5616

Znacie masło shea? Lubicie?
Ja bardzo! Z grubsza znałam jego zalety, ale nie jestem ekspertem a więcej informacji znajdziecie na przykład tu> KLIK
O ile podoba mi się działanie shea na skórę (miękkość i gładkość i wszystko na plus) to nie szaleję za jego twardą konsystencją. W temperaturze pokojowej masło pozostaje w stanie bryłki i roztapia się w dłoni pod wpływem ciepła- przy wmasowywaniu. Może tylko ja jestem taka niecierpliwa, ale kiedy część bryłki się roztapia, część sypie okruchami po ciele i plami wszelkie powierzchnie poniżej… pościel, dywanik łazienkowy… takie tam…
Znalazłam ostatnio świetny przepis na MUS/ masełko z shea, który zmienia jego konsystencję na zdecydowanie lżejszą i jeszcze pozwala wzbogacić smarowidło o kilka innych cennych składników. Wykonanie jest banalnie proste, więc koniecznie spróbujcie!

IMG_5576

składniki:

53g masła shea
26g oleju kokosowego
26g dowolnego PŁYNNEGO oleju (u mnie olej z pestek winogron bo nie zapycha porów)
3,5g wosku pszczelego (można pominąć)
¼ łyżeczki witaminy E
15 kropelek dowolnych olejków eterycznych (można pominąć)

IMG_5579

Shea, olej kokosowy, płynny olej oraz wosk topimy w kąpieli wodnej, pozostawiamy do przestygnięcia.
Płynną ale nie gorącą mieszankę wstawiamy do zamrażarki na 15- 20 minut (stwardnieje, ale będzie nadal dość miękka).
Po schłodzeniu dodajemy witaminę E oraz olejki eteryczne i miksujemy końcówką do ubijania piany z białek.
Masa z półprzezroczystej zrobi się biała, nabierając powietrza. Gotowy mus przekładamy do czystego, suchego słoiczka. Nie wymaga on przechowywania w lodówce, ale gdyby zaczął „płynąć” można go oczywiście schłodzić. Masło shea samo w sobie zawiera witaminę E a dodatkowa porcja i np. dodatek kilku kropli olejku z drzewa herbacianego są świetnymi naturalnymi konserwantami, więc nie trzeba się martwić o jego trwałość. Przypuszczam, że przetrzyma kilka miesięcy…
Ach, i jeszcze ważna informacja na lato- shea ma właściwości naturalnego filtra SPF 3-6!

IMG_5598IMG_5613

babeczki jaglane z borówkami

IMG_5533
IMG_5518

Nie ujawniałam się ostatnio z żadnymi przepisami, bo powiem Wam szczerze, że po kilku już latach wiecznych eksperymentów z kuchnią wegańską i ciągłego kombinowania, przyszedł czas na stabilizację:) Wypracowaliśmy sobie całkiem sporo zawsze sprawdzających się dań i zdecydowanie idziemy w stronę prostoty. Ponieważ nie są to żadne wielkie odkrycia kulinarne, nie mam też śmiałości zawracać Wam nimi głowy. Niektóre z ulubieńców zasługują jednak na uwiecznienie i tak też było z tymi babeczkami, chciałam im zrobić tylko zdjęcia. Robiłam je milion razy! Sprawdzały się wszędzie- na piknikach, w podróży i w domu (podróże znoszą całkiem nieźle co jest ich niewątpliwą zaletą) a przy tym… są zdrowe, bo składają się głównie z kaszy! Co Wy na to?

Babeczki składają się z trzech części a wszystkie z nich można naturalnie dowolnie modyfikować:

1. owoce: borówka amerykańska, jagody, wszystko co drobne i ładnie wygląda w połączeniu z budyniem:) Owoce ciasno układamy na dnie foremek.

IMG_5485

2. budyń z kaszy jaglanej: 1 szklankę kaszy jaglanej moczymy kilkakrotnie zmieniając wodę (minimum pół godziny). Ja często zapominam o niej nawet na kilka godzin… Przepłukujemy przed wsypaniem do garnka by pozbyć się resztek jaglanej goryczki. Kaszę zalewamy 1 szklanką mleka kokosowego i 0,5- 1 szklanki wody. Im więcej wody tym rzadszy będzie budyń a ma być on z gatunku tych gęstych, zamieniających się w beton:) Gotujemy słodząc daktylami lub ksylitolem (u mnie 3 łyżki). Rozgotowaną po ostygnięciu kaszę blendujemy na „budyń” i wypełniamy foremki.

IMG_5489

Budyń można udoskonalić dodając: odrobinę soku z cytryny- masa będzie wtedy bardziej sernikowa; startą skórkę pomarańczową (aromatyczna) lub ekstrakt waniliowy w proszku…

3. wiórki kokosowe: paczkę/ niecałą szklankę wiórków kokosowych prażymy na łyżeczce oleju kokosowego. Wiórkami dopełniamy foremki, mocno je dociskając.

IMG_5492
IMG_5493

Gotowe babeczki wstawiamy do lodówki na kilka godzin.

Z podanej porcji wychodzi około 20 babeczek. Smacznego!

IMG_5515

jak przetrwać okres?

2615d7a4b558edf9c2681e284cd68a47Po takim tytule pewnie spodziewasz się rad w stylu „zjedz tabliczkę czekolady, obejrzyj po raz setny Dziennik Bridget Jones a jutro będzie lepiej”. Nie! Nie tutaj! Nie mam wszak piętnastu lat a dużo więcej i długo już tego typu instrukcje wkurzają mnie swoją powierzchownością. No i… wiesz… to nie działa!:)

Należę do tej grupy kobiet, które co miesiąc naprawdę cierpią. Bardzo. Zmiana diety na wegańską i różnego rodzaju oczyszczania oraz detoksy nic w tej kwestii nie zmieniły. Złote myśli z gatunku „jak urodzisz dziecko to Ci przejdzie” też nieszczególnie się przydają w sytuacji gdy o dziecko trudno… i tak borykam się z problemem, powiedziałabym nawet, że borykamy się razem, bo obok wijącej się z bólu żony trudno przejść obojętnie, a jak policzę ile tabletek przeciwbólowych zjadłam w życiu to mi się robi słabo…

Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że w końcu wszystko jest „po coś” i skoro w innych momentach potrafię odczytywać komunikaty mojego ciała, to prawdopodobnie i tu ma mi ono coś do powiedzenia.
I nie jest to raczej: „nażryj się czekolady/ uzupełnij żelazo” ani „znieczul się durnym filmem/ odwróć uwagę”, cokolwiek by pisał Cosmopolitan czy inna Pani Domu.

Kiedyś w pewnych rejonach świata a w kilku kulturach plemiennych pewnie i dziś miesiączkujące kobiety oddalały się od reszty plemienia, spały gdzie indziej, przebywały w swoim towarzystwie, wspierały się i pomagały sobie wzajemnie. W Starym Testamencie kobieta miesiączkująca jest „nieczysta” i mnóstwo jest przepisów dotyczących okresowej separacji pomiędzy nią a resztą rodziny. Co byśmy nie myśleli o „nieczystości” jako takiej a ja sądzę, że to kwestia cechującego negatywnie tłumaczenia słowa, sam pomysł odosobnienia wydał mi się ciekawy.

Na pewno, jest to czas wyjątkowy w naszym comiesięcznym cyklu i jako taki należałoby go traktować. Nie wydaje mi się by spychanie tematu na margines, uczestniczenie w codzienności w ten sam sposób co zawsze, łykanie tabletek żeby był mniej zauważalny, ogłupianie się serialem i tym podobne techniki działały na naszą korzyść. Nie po to jest nam dany ten cykl byśmy go ignorowały. Postępując w zgodzie z własną „dynamiką” jesteśmy w zgodzie z własnym ciałem, dostrzegamy je na innym poziomie, to bardzo piękna lekcja o ile jesteś w stanie to zauważyć.

Przyszło mi do głowy, że wprawdzie izolacja w naszych życiowych realiach byłaby śmieszna (i skąd bym wzięła tą kobiecą grupę wsparcia chętną do koczowania pod namiotem?!) to jednak można okresowo wycofać się z pewnych obszarów skupiając uwagę na innych.
Na czym? Na kobiecości oczywiście.
Nigdy dotąd nie próbowałam nawet zdefiniować czym jest dla mnie kobiecość, nie mówiąc już o świadomym podejściu do jej budowania. Czy nie jest przypadkiem tak, że nasze ciała próbują nam o tym przypomnieć? Czy ból nie jest zwróceniem uwagi na fakt, że pewna część naszej osobowości pozostaje „niedorozwinięta”?

Mimo, że jestem na początku tej drogi, chcę się z Tobą podzielić moimi pomysłami jak przetrwać ten trudny czas, mam nadzieję, że będą pomocne!

Głowa:

1. Zdefiniuj czym jest dla Ciebie kobiecość. Zapisz to na kartce/ na komputerze, w punktach a może napisz wiersz na ten temat. Przekop źródła, które doprowadziły do tego a nie innego pojmowania kobiecości, zastanów się która z kobiet w rodzinie/ w najbliższym otoczeniu miała na Ciebie wpływ i jaki? Jakie postawy to w Tobie utwierdziło?

2. Pomyśl o rytuałach wyjątkowych dla tego czasu, które wzmacniałyby Twoją kobiecość w tych aspektach, które chcesz wzmocnić. Stwórz listę. Na co dzień często brak nam czasu na jakieś zabiegi pielęgnacyjne czy spotkania w babskim gronie, pomyśl co będzie dla Ciebie najlepszym wsparciem w bolesnych chwilach?

3. Separacja. Zauważyłam, że podczas miesiączki moja odporność psychiczna na „męski świat” spada do zera. Nie znaczy to, że musimy się od razu wyprowadzać, ale już wspólne oglądanie meczu jestem w stanie sobie odpuścić. Nie jestem wtedy wojowniczką, ba! Nie jestem nawet kibicem a krzyki tylko mnie wkurzają.

4. Dystans. Kiedy między mną a mężem robi się większa przestrzeń, bo każde zajmuje się swoim światem, wszystko nabiera realnych/ zdrowych proporcji. Jako istota wyskokowo- emocjonalna potrafię rozdmuchać w swoich myślach jakiś problem, tak, że przysłania mi on całą resztę, podczas gdy reszta nadal ma się dobrze. Warto nabrać dystansu.

5. Sztukoterapia. O sztukoterapii z dziećmi pisała niedawno moja koleżanka tutaj> KLIK
Kiedyś szycie poduchy- macicy> KLIK i malowanie waginy> KLIK wydawało mi się absurdalne, ale nie o racjonalizm tu chodzi, chodzi o terapię. Może więc dajmy szansę podobnym aktywnościom!

Ciało:

1. Pamiętaj, że ciało nigdy nie jest przeciwko Tobie. Nie stoi po drugiej stronie barykady by dać Ci popalić. Ból też nie zdarza się dlatego, by zrobić Ci na złość. Nie walcz z nim. Zaakceptuj. Zatroszcz się o nie, bo ono robi wszystko co w jego mocy by pozostać w jak najlepszej sprawności.

2. Skoro skurcze służą oczyszczaniu macicy, wykorzystaj ten czas na inne rytuały oczyszczające. Wszelkie detoksy, maseczki, picie czystka, a nawet palenie kadzidła… cokolwiek przyjdzie Ci do głowy, na pewno ma większy sens niż ibuprom.

3. Wino. Jako osoba nie pijąca alkoholu, jako zwolenniczka ekstremalnie zdrowej diety, zielonej herbaty i kaszy jaglanej muszę powiedzieć, że kieliszek wina, a nawet dwa, działa na mnie lepiej niż paracetamol! Paracetamol łagodzi ból, to prawda, choć nigdy nie docieram do momentu kiedy nie boli nic a nic, pozostawia natomiast (poza zatruciem organizmu- wszak nie jest landrynką) napięty odcinek lędźwiowy i promieniowanie skurczów na całą okolicę czyli brzuch, dół pleców i u mnie nogi (!). Miewałam tak straszne skurcze, że czułam się jak poddawane impulsom elektromagnetycznym żabie udko… Wino:) Rozluźnia.

4. Troska. Wiesz, coś jak okrywanie kogoś kocykiem:) Gdyby Twoja macica była odrębną osobą, którą męczą torsje, co zrobiłabyś by jej pomóc? Ciepłe okłady, masaże odcinka lędźwiowego i okolic rozluźniają, podobno dobrze działają określone pozycje jogi ale moja sytuacja jest zbyt ekstremalna by próbować. Jeśli możesz- spróbuj. Ukochaj ją.

5. Outfit. Fajnym pomysłem wydaje mi się zaplanowanie pewnego uniformu ubraniowego na ten czas. Coś co będzie miękkie, przyjemne w dotyku, kobiece, w czym będziemy czuły się wyjątkowo, a jednocześnie coś wygodnego, co sprawdzi się w podobnych okolicznościach.

Jeśli spodobały Ci się moje pomysły, lub masz jakiej inne okresowe rytuały, koniecznie napisz w komentarzach. Kiedy już bardziej wypracuję swoją drogę postępowania- na pewno się nią podzielę na blogu!

Ilustracja: [1]

 

poddupnik

W idealnym życiu moja praca nie polegałaby na spędzaniu wielu godzin przed komputerem na biurowym krzesełku, na którym przyjmuję ekstremalnie niezdrowe pozycje a przerw robię zbyt mało i zbyt krótkie… W życiu realnym natomiast tak się zdarza. Wcale na ten fakt nie narzekam. Zazwyczaj bowiem przykuwa mnie do stanowiska pracy totalny szał twórczy, flow i jak zwał tak zwał, są to chwile przyjemne. Zdarza się więc wielogodzinne siedzenie, z nogami pod brodą, „po turecku”, krzywienie (się), garbienie, pokrzykiwanie męża „jak Ty siedzisz?!”. Przy lepszych umiejętnościach akrobatycznych być może uda mi się kiedyś zawijać w bardziej zdrowy i ergonomiczny precelek. Póki co jednak… siedzę.

Próbowałam stać, chodzić na steperze, testowałam balansowanie na piłce- można te urozmaicenia stosować z powodzeniem i prawdopodobnie- należy, najczęściej jednak potrzeba skupienia i precyzji wygrywa, tym samym wygrywa też biurowe krzesło. A biurowe krzesło, jak wszyscy wiemy, nawet najbardziej wygodne, z odpowiednimi podparciami, kątami i podłokietnikami, składa się z tworzyw sztucznych. Pomijając konstrukcję, bo tu zależnie od modelu i producenta występują przecież różnice, siedzisko ZAWSZE jest z tkaniny poliestrowej lub sztucznej skóry, a jego wypełnienie to również przeróżne pianki i gąbki. Często tkaniny te i/ lub wypełnienia są dodatkowo impregnowane, mogą być plamoodporne, np. z dodatkiem teflonu, lub ognioodporne (toksyczny BPHA).
Czyli mamy pupę przyklejoną do nieoddychającej plastikowej mieszanki przez wiele godzin godzin dziennie, tak, jakbyśmy całe dorosłe życie spędzali w pampersach. I nigdy z tego nie wyrastamy niestety…
Mimo, że koronkowe majty dawno zastąpiliśmy bawełnianymi, mimo dbałości o higienę i mimo rozwagi w wyborze kosmetyków, nadal możemy borykać się ze stanami zapalnymi, podrażnieniami, alergiami w okolicach intymnych, czy wypryskami na pośladkach.

Co z tym zrobić? Oczywiście fajnie byłoby ograniczyć samo siedzenie, a przynajmniej robić przerwy:)
Przede wszystkim jednak doskonale działa IZOLACJA. Innymi słowy „poddupnik”. Poddupnik to poduszka, wielkości siedziska (może być poszewka na jasiek) z naturalnej i oddychającej tkaniny (bawełna/ len). Jasiek, koniecznie zapinany na zamek, wypełniamy nie gąbką i nie watą poliestrową , ale łuską gryki. Łuska gryki działa antyalergicznie, przeciwzapalnie, więcej na jej temat znajdziecie w poście o gryczanych jaśkach [KLIK]. Wypełniamy poduchę w takim stopniu by wygodnie nam było na nim siedzieć, nie może być twarda jak kamień:) Kiedy chcemy uprać poszewkę, łuskę gryki wysypujemy i wietrzymy jeden dzień na słońcu, po praniu wsypujemy ponownie.

il_fullxfull.928309659_1xoeil_fullxfull.928567254_oebt

Cóż, może nie jest to rozwiązanie zgodne z wizją projektanta biurowych krzeseł, ale myślę, że estetycznie nie taka znowu tragedia a przecież działa! Co myślicie o plastikowych krzesłach? Jak sobie z nimi radzicie? Jeśli mój pomysł Ci się spodobał, koniecznie daj znać!

źródła zdjęć: [1] [2]

Post ten pojawił się także na naszym pracownianym blogu. Jeżeli interesuje Cię tematyka ekologicznych wnętrz, koniecznie zajrzyj na regreen.com.pl