czas rozliczeń

Ponieważ na wielu blogach nadszedł teraz czas podsumowań i refleksji nad minionym rokiem, nie ma zmiłuj i coś podsumować należy!
Nudy i rzeczy poważne pozostaną moją tajemnicą, nie jest to bowiem dla nikogo z czytelników treść atrakcyjna, że się człowiek nierównomiernie rozwija i kilka dziedzin w życiu mu podupada.

Jest za to jeden ogromny pozytyw, którym podzielę się z miłą chęcią.
Pierwszy raz w życiu jestem tak ogarnięta/ świadoma/ uświadomiona? w tematach kosmetyczno- pielęgnacyjnych. Cztery czy pięć lat temu stawiałam pierwsze kroki wyrzucając z łazienki całe chemiczne zło, ale oznaczało to mniej więcej tyle, że do dyspozycji pozostawało szare mydło, ocet i jakiś olej… Łatwo się więc domyślić, że efekty tych „zabiegów” bywały różne. Nigdy też, w czasach toksycznej, drogeryjnej przeszłości nie byłam kosmetycznym ekspertem a temat pociągał mnie umiarkowanie.
Przeryłam sporo blogów, vlogów i książek, przy czym te ostanie zaczęły się pojawiać na naszym rynku nie tak dawno! I wreszcie mam wrażenie, że mniej więcej rozumiem czego potrzebuje moja skóra i jak się o nią troszczyć. A już najmilsze ze wszystkiego jest to, że czasem widać efekty! Bywamy w coraz lepszej kondycji, brawo;)

Ostatnim odkryciem i jednocześnie ogromnym ulubieńcem stał się balsam do mycia twarzy, z przepisu Czarszki, który od ukręcenia towarzyszy mi codziennie. Jest wspaniałą alternatywą dla OCM, którego zawsze bałam się ze względu na cerę naczynkową, nie wspominając o moich własnych przepisach na facewash’e > KLIK, które ze względu na peelingujące drobinki też mogą powodować podrażnienia.

I jeszcze jedno- zapach! Uwielbiam zapachy zielarskie, męskie, konkretne, nie szaleję natomiast za słodkimi: owocowymi, kwiatowymi… Balsam pachnący olejkiem rozmarynowym i drzewem herbacianym mógłby jak dla mnie robić za perfumy. Jest to więc najbardziej relaksujący wieczorny rytuał w moim domowym SPA. Polecam Wam gorąco!

IMG_7416
IMG_7426
IMG_7672

Przepis na balsam i metodę używania go znajdziecie tutaj > KLIK

sprawdzony przepis na pierniczki- wegańskie i bezglutenowe

IMG_7378

Bez pierniczków w okresie około- świątecznym jakoś trudno się obejść. Pieczenie i podjadanie to jedno- też kuszą, ale DEKOROWANIE, które staje się rozrywką grupową na cały wieczór… bez dekorowania, lukrowania i kolorowych posypek czułabym po prostu, że coś mnie omija:)

Temat się komplikuje, gdy sami jesteśmy lub mamy w rodzinie alergików. Tak się składa, że jest ich w naszym otoczeniu coraz liczniejsze grono, choć nadal pozostaję najbardziej przeczuloną reprezentantką, brawo ja!

IMG_3918

Bezglutenowe ciasta bywają bardzo nieelastyczne, te natomiast, którym elastyczność nadaje tłuszcz- rozpływają się na blasze i kompletnie nie trzymają formy. Ale ponieważ od lat upieram się przy testach- wreszcie trafiłam na przepis udany. Po małych modyfikacjach brzmi on tak:

Składniki:
– 1 szkl. mąki jaglanej
– 1 szkl. mąki ryżowej
– 1 szkl. mąki gryczanej
– 1 szkl. skrobi kukurydzianej
– 4 łyżki zmielonych nasion chia
– 1szkl. wody
– 12 łyżek oleju kokosowego
– ¾ szkl. cukru lub ksylitolu
– 2 łyżeczki karobu
– 2 łyżeczki kakao
– 4 łyżeczki cynamonu
– 1 łyżeczka mielonych goździków
– 1 łyżeczka kardamonu
– 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
– szczypta soli

Zmielone nasionka chia zalewamy szklanką wody i odstawiamy na 10 minut. W tym czasie odmierzamy kolejno wszystkie mąki, przyprawy i cukier wsypując wszystko do duuużej miski. Na końcu dodajemy olej i chia z wodą, które zdążyło nasiąknąć.
Zagniecione ciasto dobrze jest odstawić przynajmniej na pół godziny, bo mąki bezglutenowe o wiele wolniej chłoną wodę- bez tego ciasto może się „rwać”.
Po uformowaniu pierniczków pieczemy je ok. 6-10 minut w temp. 170 stopni.

IMG_7472
IMG_7476

Nasze pierniczkowe spotkanie w babskim gronie właśnie się odbyło. Kolorowe posypki, które na co dzień omijamy szerokim łukiem, tutaj- przez najmłodszych były zlizywane prosto z talerzyków a na pierniczkach utworzyły się grube cukrowe warstwy. Na koniec w ruch poszły precyzyjne pędzelki i biały lukier… Cud, miód i orzeszki w sensie zupełnie dosłownym:)

IMG_7357

sugar scrub czyli „perfekcyjna pani domu”

IMG_7114c

Nasz domowy system zaopatrzenia jest dość nietypowy. Tworzymy rodzinę zaledwie dwuosobową, a wszystko kupujemy hurtem. Potem to „hurtem” upychać trzeba w szafkach i domykać kolanem, ale w przyczyny nie będę się dziś wdawać, bo to temat na cały długi wpis, który może kiedyś nawet napiszę;)

Przy zakupach 10 kg mąki czy kaszy warto się zabezpieczyć przed molami i innym robactwem, co mówię z doświadczenia własnego, plaga ta bowiem dotknęła nas kilka lat temu boleśnie dziesiątkując zapasy i dając poważne powody do zwątpienia w cały zawiły zakupowy proceder.
Jako, że mądry Polak po szkodzie, zaopatrzyliśmy się wtedy w plastikowe kontenerki mieszczące akurat idealnie po 3 kilogramowe paczki mąki czy jaglanki. W szczelnych kontenerkach robale nie mają szans na większą ekspansję i przeczuwając to na pewno- zupełnie dały nam spokój.

Kontenerki mają jednak pewien minus- nie dają możliwości upychania się po kątach, lub też kąty są za małe? Mimo kilku fajnych schowków, część zapasów- szczelnie zamknięta, wyprowadziła się do piwnicy…

Rewidowanie tejże nie zdarza się znowu tak często (ja), bywa także powierzchowne (mężowski nalot) w związku z czym udało mi się ostatnio trafić na bardzo już archiwalny kontenerek zawierający 3 kilogramy cukru kryształ (!) Dziwiąc się ogromnie gotowa byłam uwierzyć, że ktoś z sąsiadów podrzucił nam ten nietypowy prezent, cukru bowiem nie jemy od lat… Niewątpliwie jednak kontenerek pochodził z naszego zestawu, wyprzeć się więc niechcianej zawartości nie da rady.

W mojej otępiałej głowie natychmiast zrodził się zestaw pytań: czy cukier może się przeterminować i po jakim czasie? Czy można go komuś oddać? (przecież są tacy co kupują), jak go wykorzystać bez strat dla zdrowia? (Ci co kupują działają na swoją niekorzyść przecież)…

I teraz uwaga, bo mam kolejny dowód swej nadzwyczajnej gospodarności i możecie mnie nawet nominować do tytułu „perfekcyjnej pani domu”. Jest pomysł! Jeśli masz stary cukier- zrób sobie peeling! Jest to najmniej szkodliwy dla zdrowia sposób wykorzystania cukru jaki znam:)

IMG_7101

Potrzebne będą:

1 szkl. cukru (biały/ brązowy/ przeterminowany lub prosto ze sklepu)
1/3 szkl. oleju z pestek winogron/ oliwy z oliwek lub inny płynny olej, z którym Wasza skóra się lubi
olejek eteryczny dla przyjemności własnej wyłącznie (10-15 kropelek)

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie i przekładamy do czystego, suchego pojemniczka. Uzyskaną konsystencję nazwałabym „mokry piach”;)

IMG_7108
IMG_7112

Ze scrubu korzystamy standardowo pod prysznicem, nacierając skrupulatnie te partie ciała, którym należy się odnowa a potem równie skrupulatnie szorując brodzik substancją silnie odtłuszczającą, może być nawet płyn do mycia naczyń.

Pominięcie ostatniego kroku da nam efekt wspaniałej miękkiej, nawilżonej skóry ale grozi poślizgiem/ upadkiem i wybiciem zębów przez kolejnego użytkownika łazienki.

IMG_7125

o stereotypach, byciu konsekwentnym i wielkich odkryciach

5

Wiecie jak to bywa: idzie sobie niewinny człowiek ulicą, wiatr przewiewa go na wskroś, mżawka wpada do dopiero co pomalowanego oka… aż tu nagle spływa takie olśnienie, że się przystaje i patrzy w zdumieniu przed siebie. Nie żeby mi się to akurat dziś tak malowniczo przytrafiło, ale byłoby prześlicznym wstępem, nieprawdaż?

Uświadomiłam sobie bowiem bardzo dziwną rzecz i już nie mogę się powstrzymać przed blogowymi zwierzeniami.

Nigdy nie lubiłam zabiegów pielęgnacyjnych! Stereotyp jednakże wskazuje, że przeciętna kobieta powinna lubić te tam: maseczki, odżywki, sera, nacieranie całego ciała peelingiem i piłowanie paznokci. Dotąd, nie zadając sobie zbędnych pytań, jakoś udawało mi się dokonywać pewnych rytuałów. Nigdy jednak nie dość systematycznie/ skutecznie by czuć się osobą „zadbaną”. Jak paznokcie były w porządku to przydałaby się odżywka. Jak włosy piękne to akurat pięty chropowate itd. itp. Też tak macie czy mi brak jakiegoś hormonu?

Dokonałam na sobie pewnych obserwacji na innym, także kiedyś nielubianym polu pod tytułem „aktywność fizyczna”. Okazało się, że pole nie tylko może być lubiane ale i wyczekiwane z utęsknieniem, kiedy w różnych zawirowaniach codzienności ćwiczenia wypadną z planu zajęć. Ważnym natomiast składnikiem sukcesu jest systematyczność.
Już w szkole podstawowej były takie sugestie, tak!, miałam jednak wtedy w zwyczaju nie wierzyć w brednie głoszone przez dorosłych.
Z ciałem widocznie jest tak jak z podlewaniem roślinek. Sukcesy występują tylko przy konsekwentnych, nawet drobnych działaniach, a nie po weekendzie spędzonym u kosmetyczki raz do roku.

Idąc dalej tym tropem, postanowiłam urządzić „to wszystko” całkiem inaczej i osadzić na dobre we własnej codzienności, by nie stracić zapału. Jak to zrobiłam?

1. Spisałam swój „program minimum”.

Jakie aktywności pielęgnacyjne chciałabym wprowadzić na stałe? Liczy się wszystko: paznokcie, włosy, depilacja, ciało, buzia. Jakie minimum pielęgnacyjne sprawi, że będę się czuć najlepszą wersją siebie, ale nie przytłoczy ilością zabiegów i nie pochłonie całej mojej uwagi?
Postanowiłam, że jeśli uda mi się oswoić „minimum” może odważę się dodawać kolejne atrakcje do swojej listy.

2. Podzieliłam zabiegi na:

codzienne rano/ wieczór; cotygodniowe, 2-3 tygodniowe i wyznaczyłam kiedy znajdę na nie czas. W moim przypadku najlepiej działa rozpiska a la plan lekcji. Wytypowałam dwa dni w tygodniu, jeden wieczór i jeden poranek i od tej pory działam.

Ustalenie tak sztywnych reguł dla tak błahego tematu wydaje się trochę szalone? Jeżeli macie ten brakujący hormon, hehe, to pewnie pukacie się w głowę…
Ale jeśli go nie macie to ogłaszam, że to działa!

Naszą główną wymówką dla nierobienia czegoś co chcielibyśmy robić jest brak czasu, wyznaczenie go z góry załatwia sprawę. No i- to taka randka z samym sobą, do której można włączyć inne przyjemności: podkład muzyczny, fajną lekturę, kojącą herbatkę? Łączenie w pary rzeczy lubianej z rzeczą mniej lubianą daje dobre efekty (wiem to z książki „Lepiej” Gretchen Rubin)

Stworzysz własny „plan lekcji”?

Jeśli tak, to mam dla Ciebie małą niespodziankę. Na własne potrzeby stworzyłam eleganckiego pdf’a i możesz z niego skorzystać a nawet wydrukować kilka sztuk dla najbliższych przyjaciółek:) Wygląda mniej więcej tak:

IMG_6595

>>> POBIERZ PDF’a <<< i bądź najlepszą wersją siebie, bo czemu nie?;)

koszyki

IMG_2532

Nie pamiętam od czego się zaczęło to wszystko a im bardziej próbuję sobie przypomnieć, tym bardziej wydaje mi się, że nigdy się nie zaczęło, że trwa od zawsze. Zgrabnie nawet całkiem sobie poukładałam w głowie, przemyślałam wpływ genów i tendencje rodzinne i wyszło mi tylko, że jeśli chodzi o szycie, dzierganie, malowanie, klejenie, fotografowanie a nawet robienie kompozycji z suchych traw czy też obrazów ze skóry to wszystko to było nieustająco dookoła praktykowane i pogłębiane przez najróżniejszych członków rodziny i ich znajomych.

Dorastałam w domu, w którym ciągle coś „się tworzyło”. Mama produkowała ogromne ilości szalonych swetrów- nietoperzy, szyła, malowała na szkle, tato robił piękne czarno- białe zdjęcia. Babcie i ciocie szyły, szydełkowały. Właściwie w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych mało kto tego NIE ROBIŁ.

Nic więc dziwnego, że sama nieustająco coś dłubałam i choć wiele z tych dziecinnych prób mnie rozczarowywało (tak! Pamiętam doskonale!), to jednak w spełnianiu marzeń materialnych bliższa mi była droga DIY niż droga kupna. Najczęściej nadal tak działam.

Ile razy stwierdzam „przydałoby się etui na okulary/ kosmetyczka/ szalik” i już rodzi się plan i natychmiast działam z takim zapałem jakby nic innego na świecie nie istniało by na końcu zauważyć w internetach, że normalni ludzie takie rzeczy kupują, często za grosze!

Poprzedni blog dokumentował moje twórcze szaleństwa w 100%, więc jeżeli macie ochotę tam zajrzeć to zapraszam serdecznie tu> KLIK

Ale co z tym początkiem? Uznałam, że było ich kilka i kilka potknięć po drodze.

Pierwszy więc jest taki, że handmadowo da się zrobić właściwie wszystko, serio! W tym przekonaniu ugruntowała mnie przeszłość więc wierzę i praktykuję.

Drugi jest taki, że każdy akt twórczy wiąże się z odpowiedzialnością i choć dojrzałam to zjawisko nie tak znowu dawno temu to jest ono nie mniej prawdziwe od pierwszego stwierdzenia. Kiedy „powołujemy do życia” jakikolwiek przedmiot to bierzemy odpowiedzialność za całe jego życie. Nie rozpływa się w powietrzu, kiedy wyrzucamy go do śmieci. Często więc- produkujemy śmieci.
Dlatego w swoich twórczych zapędach dobrze jest wykorzystywać naturalne materiały, z którymi przyroda sobie poradzi. Dobrze też nie produkować rzeczy nieprzydatnych:) Nie każdy pomysł jest warty realizacji, choć paluszki czasem świerzbią…

Trzeci wydarzył się dwa lata temu, gdy przestąpiłam progi Wielkiej Hurtowni.
Kilka razy do roku przemierzamy Polskę by spędzić jakiś czas u rodziców na wsi, za każdym razem mijając Łódź i największe znane mi centrum pasmanteryjnych rozrywek. Wielkie Hurtownie tkanin, guzików, drutów, igieł i tasiemek gdzie powierzchnię przeciętnej Biedronki zajmuje wyłącznie kraina zamków błyskawicznych. Nie trudno sobie wyobrazić, że za pierwszym razem byłam wstrząśnięta i już nigdy nie chciałam rezygnować z tego przystanku na trasie. Tam właśnie trafiłam na sznurki bawełniane w stu metrowych zwojach, wielu kolorach i przystępnej cenie.

I tak zaczęłam wyplatać koszyki…

IMG_2849
IMG_2320
IMG_2160
IMG_2060
IMG_2309

Bawełniany sznurek jest przyjemny w dotyku, ma idealną grubość, chropowatą, mięsistą teksturę. W sznurek udaje mi się wplatać bawełnę z odzysku czyli pocięte na paski tiszerty i cieszę się, że te kolorowe resztki znikają w taki sensowny sposób. Sensowny bo koszyk jest czymś praktycznym, nie „ozdóbką”. Można w nim przechowywać dodatkowe poduszki, pluszaki, gazety, można go złapać za skórzane uszy i przestawić w inne miejsce. Skórzane elementy też naturalnie pochodzą z odzysku. Pierwsze- były pociętą torbą- chlebakiem, należącą do nastoletniego Tomka, znalezioną po latach na strychu. Taka historia.

Jeżeli macie ochotę zajrzeć do naszego sklepiku na Etsy, zapraszam gorąco> KLIK

zatuszuj to!

IMG_5859
Przepiękną doprawdy miałam wizję tego posta i cudownego homemade’owego tuszu do rzęs, o którym za moment, jednakże życie, nie przesadzajmy, nie może być pasmem samych sukcesów a eksperymenty mają to do siebie, że raz się udają, a innym razem- zupełnie nie.

Niestety, o ile z kosmetykami pielęgnacyjnymi zmierzanie w stronę natury nie stanowi wielkiego problemu, z tak zwaną „kolorówką” nie jest łatwo. Szczególnie jeśli się tą kolorówkę próbuje uzyskać samodzielnie! I tak, mimo że drogeryjnego kremu nie kupowałam już bardzo dawno, to jednak róże, cienie czy mascary czasem się zdarzają…

Przepis na tusz do rzęs, znaleziony u Eli Gale, której youtubowy kanał serdecznie Wam polecam KLIK> ( a polecałam nie raz!) wywołał u mnie ogromną ekscytację, z podskokami i piruetami włącznie.
Jak byłoby pięknie, myślałam, jak wspaniale, gdyby on rzeczywiście działał, gdyby nie spływał z rzęs po 3 minutach i nie osypywał się grudami na policzki…

Pokonałam nawet tak znaczącą trudność jak brak dostępu do żelu aloesowego (lokalne apteki oferowały sok jedynie, z uporem twierdząc, ze o żelu nigdy i nigdzie nie słyszano) i przy okazji zakupów na I herbie niepostrzeżenie dorzuciłam do koszyka tubkę owego specyfiku nie wzbudzając u męża podejrzeń. Żel przyleciał. Prosto z Ameryki Drogie Koleżanki:)

Pełna zapału wzięłam się więc o siódmej rano do działania… ach, nie! Poczekajcie, najpierw było mycie buteleczki po zużytym komercyjnym tuszu (a fe!) i upapranie przy tym siebie oraz połowy łazienki. Jeśli nie macie doświadczenia w tej dziedzinie, to podpowiem, (choć generalnie to i tak nie ma sensu) że należy najpierw usunąć sekretną uszczelkę, tkwiącą w szyjce, która zabezpiecza tusz przed rozlaniem i zdejmuje ze szczoteczki nadmiary produktu. Nie miałam o tym pojęcia, więc wlewanie i wylewanie szarej wody trwało w nieskończoność. Mniejsza o to!

Przepis nie jest skomplikowany, toteż podczas mieszania udało mi się wszystko ślicznie obfotografować.

IMG_5828

1 łyżeczkę oleju kokosowego
0,5 łyżeczki wosku pszczelego

rozpuszczamy w kąpieli wodnej, później dodajemy:

3 łyżeczki żelu z aloesu
3 kapsułki węgla (takiego na zatrucia)
3 kropelki witaminy E
0,5- 1 łyżeczki glinki kosmetycznej

mieszamy dokładnie, przekładamy papkę do foliowego woreczka, odcinamy samiutki narożnik by przez ten otworek wcisnąć mascarę do czyściutkiej, suchej buteleczki.

U mnie w momencie wciskania, z torebeczki zaczęło niepokojąco kapać (pewnie żel popuszczał wodę) ale się nie zniechęcałam.

Z pewnością błędem podstawowym było zastąpienie kapsułek z węglem zwykłymi tabletkami (rozgniotłam je wprawdzie super dokładnie w moździerzu, ale okazało się to niewystarczające). Pigment musi być miałki jak pył. Wydaje mi się też, że węgla mogłoby być więcej, bo mój- nie zabarwił masy na „smołę”. To jeszcze dałoby się poprawić następnym razem…

Może żel z aloesu, który zamówiłam to jakiś bubel, może masa była za tłusta (podobno można to zmienić dodając więcej glinki), dość, że efekt rozczarowuje. Substancja nie osiada na szczoteczce (za dobrze ją umyłam?), daje się wprawdzie nanieść na rzęsy, ale później widnieją na nich niezłe grudy (nieszczęsny węgiel). Wszystko to nie byłoby jeszcze tragiczne, gdyby na tych rzęsach zastygało i pozostawało jakiś czas… Niestety! Rozpływa się w mgnieniu oka, że tak powiem:)

Taka bajka ku przestrodze… bo i tak życzę Wam zapału do eksperymentowania!
IMG_5844
IMG_5885
*oko gołe/ oko pomalowane

masełko shea

IMG_5616

Znacie masło shea? Lubicie?
Ja bardzo! Z grubsza znałam jego zalety, ale nie jestem ekspertem a więcej informacji znajdziecie na przykład tu> KLIK
O ile podoba mi się działanie shea na skórę (miękkość i gładkość i wszystko na plus) to nie szaleję za jego twardą konsystencją. W temperaturze pokojowej masło pozostaje w stanie bryłki i roztapia się w dłoni pod wpływem ciepła- przy wmasowywaniu. Może tylko ja jestem taka niecierpliwa, ale kiedy część bryłki się roztapia, część sypie okruchami po ciele i plami wszelkie powierzchnie poniżej… pościel, dywanik łazienkowy… takie tam…
Znalazłam ostatnio świetny przepis na MUS/ masełko z shea, który zmienia jego konsystencję na zdecydowanie lżejszą i jeszcze pozwala wzbogacić smarowidło o kilka innych cennych składników. Wykonanie jest banalnie proste, więc koniecznie spróbujcie!

IMG_5576

składniki:

53g masła shea
26g oleju kokosowego
26g dowolnego PŁYNNEGO oleju (u mnie olej z pestek winogron bo nie zapycha porów)
3,5g wosku pszczelego (można pominąć)
¼ łyżeczki witaminy E
15 kropelek dowolnych olejków eterycznych (można pominąć)

IMG_5579

Shea, olej kokosowy, płynny olej oraz wosk topimy w kąpieli wodnej, pozostawiamy do przestygnięcia.
Płynną ale nie gorącą mieszankę wstawiamy do zamrażarki na 15- 20 minut (stwardnieje, ale będzie nadal dość miękka).
Po schłodzeniu dodajemy witaminę E oraz olejki eteryczne i miksujemy końcówką do ubijania piany z białek.
Masa z półprzezroczystej zrobi się biała, nabierając powietrza. Gotowy mus przekładamy do czystego, suchego słoiczka. Nie wymaga on przechowywania w lodówce, ale gdyby zaczął „płynąć” można go oczywiście schłodzić. Masło shea samo w sobie zawiera witaminę E a dodatkowa porcja i np. dodatek kilku kropli olejku z drzewa herbacianego są świetnymi naturalnymi konserwantami, więc nie trzeba się martwić o jego trwałość. Przypuszczam, że przetrzyma kilka miesięcy…
Ach, i jeszcze ważna informacja na lato- shea ma właściwości naturalnego filtra SPF 3-6!

IMG_5598IMG_5613

DIY: mgiełka do twarzy

IMG_5307
Odkąd moja cera z mieszanej- przetłuszczającej się przeszła w stronę mieszanej- suchej miewam dziwne zachcianki…:) Dziwne, dlatego, że nigdy wcześniej nie miałam potrzeby posiadania ani używania takich produktów jak płyny miceralne czy mgiełki do twarzy. Toniki znałam z czasów nastoletnich kiedy miały ujarzmiać skłonną do wyprysków skórę a krem nawilżający był głównym bohaterem mojej pielęgnacji i prawda jest taka, że wszystkie te dodatki traktowałam jak kaprysy kosmetycznych pasjonatek.

Jak bardzo się myliłam!

Jako, że aktualnie nawilżenia wciąż mało i w ostatnich upalnych dniach spędzanych troszkę bardziej na powietrzu czułam się jak owiana pustynnym wiatrem, zrobiłam sobie mgiełkę do twarzy. Jest tak przyjemna i łatwa w przygotowaniu, że muszę się z Wami podzielić przepisem.

IMG_5341

Potrzebujemy:
– buteleczki z atomizerem. Miałam szklaną, brązową, zakupioną na inne kosmetyczne potrzeby ale może to być buteleczka po innym zużytym produkcie.
– 2 łyżki suszu roślinnego na którym będziemy bazować. Mogą to być: kwiaty lawendy, kwiaty nagietka, rumianku czy zielona herbata- zależnie od Waszych potrzeb i preferencji. U mnie wygrał nagietek. Susz zalewamy wrzątkiem (250-330ml) i zaparzamy jak zwykłą herbatkę. Po kilkunastu minutach odcedzamy i czekamy aż ostygnie.
– 10 kropli olejku eterycznego, również dowolnego. Może być: lawenda, drzewo herbaciane, kojący i chłodzący eukaliptus czy mięta lub orzeźwiająca pomarańcza. Lawenda i drzewo herbaciane ma dodatkowo właściwości antyseptyczne i będą naturalnym konserwantem.

„Mgiełki do twarzy:
– Oczyszczają skórę
– Odświeżają i orzeźwiają
– Rozświetlają, nawilżają i tonizują skórę
– Utrwalają makijaż
– Koją skórę”

IMG_5313

Jestem zachwycona kojącym działaniem tej prostej mieszanki. Z trwałością produktu pewnie nie będzie rewelacyjnie, dam Wam znać. W końcu to tylko ziołowy napar, ale trzymanie go w lodówce powinno troszkę pomóc a chłodzić tez będzie skuteczniej. No i ten zapach! Ostatnio uwielbiam zapach drzewa herbacianego, najchętniej zrobiłabym takie perfumy:)
Jeśli spodobał Ci się ten pomysł lub planujesz swoją ukochaną kompozycję, koniecznie zostaw komentarz!

kubek w kubek / recycling

IMG_5049
IMG_5057

Czasem przychodzi taki wieczór, że oklejenie kubka na ołówki- sznurkiem- staje się palącą potrzebą chwili i zwyczajnie nie można się temu oprzeć. Ozdobienie jednego to za mało! U mnie szaleństwo skończyło się na trzech, a jest to tak proste DIY, że każdy sobie poradzi. Polecam gorąco!

Potrzebujemy:
– pojemniki, kubki, niepotrzebne puszki
– sznurek bawełniany lub inny
– farbki do tkanin (u mnie złota i czarna)
– pędzel raczej gruby
– pistolet na klej (niestety konieczny! Inny klej raczej sobie nie poradzi)
– pasmanteryjne tasiemki do zakrycia odciętego sznurka- opcjonalnie

IMG_4953
IMG_4956
IMG_4959
IMG_4962
IMG_5050

1. Sznurek rozwijamy i malujemy kleksy w nieregularnych odstępach. Dajemy mu chwilę na wyschniecie.
2. Końcówkę sznurka przyklejamy klejem na gorąco do krawędzi puszki/ pojemnika.
3. Owijamy aż zapełnimy całą jej powierzchnię.
4. Końcówkę znów przyklejamy do krawędzi, odcinamy resztę.
5. Maskujemy odcięty sznurek ozdobną tasiemką.

Ponieważ na moim biurku królują klimaty graficzne a kolorystyka jest wyciszona prawie do zera- konsekwentnie użyłam jedynie czarnego i złotego koloru, ale może Wy skusicie się na inne?

mending

A

Tak jak nie doczekam się pewnie mody na naturalną siwiznę (a do tego tematu wrócę niebawem, należy bowiem poczynić aktualizacje), tak i cerowanie oraz łatanie ubrań raczej jest powodem do wstydu… podczas gdy WCALE NIE JEST!
Kiedy ostatnio widziałeś kogoś w zacerowanym swetrze? W połatanych portkach? Obciach, prawda? Myślę, że takie obrazy w mojej głowie sięgają czasów przedszkolnych lub wczesnoszkolnych czyli pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Później nawet swetry robione ręcznie, a nie maszynowo były traktowane po macoszemu. Wstydziliśmy się tego rodzaju rękodzieła bo kojarzyło się z biedą, cóż… biedy ubraniowej nie ma a my nadal się wstydzimy…

Jednocześnie, kiedy zajrzeć w głąb tego zjawiska- naprawianie elementów garderoby i innych domowych tkanin jest niezwykle szlachetne, z wielu powodów.

Zamiast wyrzucić zniszczoną rzecz, przedłużamy jej żywot, nie przyczyniamy się do rosnącej góry śmieci; okazujemy szacunek do tego przedmiotu, wdzięczność, że nam służy (tak, wiem, posuwam się niebezpiecznie w obszary filozofii wschodnich i metody Kon Mari:) ). Ponieważ w cerowanie czy łatanie wkładamy pewien wysiłek, utwierdzamy się też w słuszności wyboru akurat tego przedmiotu, nie innego, jesteśmy konsekwentni, zazwyczaj więc rzecz ta jest z nami kompatybilna a obrany kierunek słuszny. Dodatkowo, wszelkie prace ręczne, mogą mieć działanie terapeutyczne a według mnie ścibolenie igiełką należy bezdyskusyjnie traktować jako rodzaj medytacji.

C
B

Ponad tymi bardzo racjonalnymi przesłankami mamy też górę pozytywnych emocji. Naprawiane ręcznie, łatane, cerowane, traktowane z czułością i szacunkiem obrusy, serwetki, ściereczki czy ubrania są ogromnie wzruszające. Pozostawiamy na nich swój znak wodny, odciskamy swój stosunek do świata materialnego a ślady te trwają dłużej niż my sami.

Moja babcia pozostawiła mi sporo pamiątek, które bardzo lubię. Ale wiecie co? Złoty pierścionek jest na dalszym miejscu, podczas gdy na pierwszych są: własnoręcznie wyhaftowany przez nią obrazek czy cerowany kilkakrotnie płócienny worek na pieczywo lub ostatni zrobiony przez nią sweter.
Jej stosunek do przedmiotów codziennego użytku był skrajnie inny od współczesnego, ale mam wrażenie, że i nam powoli zmienia się ta hierarchia wartości. Powracając raz jeszcze do Kon Mari- której książka robi ostatnio furorę – jej kluczem do wyboru ubrań jest pytanie „Czy ta rzecz przynosi mi radość?”
Dopowiem tylko, że jeśli ta rzecz przynosi Ci radość, warto przedłużyć jej życie:)

814785

źródla zdjęć: [1],[2],[3],[4],[5],[6],[7]