sprawdzony przepis na pierniczki- wegańskie i bezglutenowe

IMG_7378

Bez pierniczków w okresie około- świątecznym jakoś trudno się obejść. Pieczenie i podjadanie to jedno- też kuszą, ale DEKOROWANIE, które staje się rozrywką grupową na cały wieczór… bez dekorowania, lukrowania i kolorowych posypek czułabym po prostu, że coś mnie omija:)

Temat się komplikuje, gdy sami jesteśmy lub mamy w rodzinie alergików. Tak się składa, że jest ich w naszym otoczeniu coraz liczniejsze grono, choć nadal pozostaję najbardziej przeczuloną reprezentantką, brawo ja!

IMG_3918

Bezglutenowe ciasta bywają bardzo nieelastyczne, te natomiast, którym elastyczność nadaje tłuszcz- rozpływają się na blasze i kompletnie nie trzymają formy. Ale ponieważ od lat upieram się przy testach- wreszcie trafiłam na przepis udany. Po małych modyfikacjach brzmi on tak:

Składniki:
– 1 szkl. mąki jaglanej
– 1 szkl. mąki ryżowej
– 1 szkl. mąki gryczanej
– 1 szkl. skrobi kukurydzianej
– 4 łyżki zmielonych nasion chia
– 1szkl. wody
– 12 łyżek oleju kokosowego
– ¾ szkl. cukru lub ksylitolu
– 2 łyżeczki karobu
– 2 łyżeczki kakao
– 4 łyżeczki cynamonu
– 1 łyżeczka mielonych goździków
– 1 łyżeczka kardamonu
– 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
– szczypta soli

Zmielone nasionka chia zalewamy szklanką wody i odstawiamy na 10 minut. W tym czasie odmierzamy kolejno wszystkie mąki, przyprawy i cukier wsypując wszystko do duuużej miski. Na końcu dodajemy olej i chia z wodą, które zdążyło nasiąknąć.
Zagniecione ciasto dobrze jest odstawić przynajmniej na pół godziny, bo mąki bezglutenowe o wiele wolniej chłoną wodę- bez tego ciasto może się „rwać”.
Po uformowaniu pierniczków pieczemy je ok. 6-10 minut w temp. 170 stopni.

IMG_7472
IMG_7476

Nasze pierniczkowe spotkanie w babskim gronie właśnie się odbyło. Kolorowe posypki, które na co dzień omijamy szerokim łukiem, tutaj- przez najmłodszych były zlizywane prosto z talerzyków a na pierniczkach utworzyły się grube cukrowe warstwy. Na koniec w ruch poszły precyzyjne pędzelki i biały lukier… Cud, miód i orzeszki w sensie zupełnie dosłownym:)

IMG_7357

witamina C w kuchni czyli przepis na wegański twarożek

IMG_5700

Cudowna witamina C potrafi wyciągnąć nas z niejednej infekcji.
Niedawno zrobiło się jednak całkiem głośno o tym, że żółte drażetki kupowane w aptekach mają sporo wypełniaczy a często na osłodę dodatek szkodliwego dla człowieka aspartamu. W naszym domu zrezygnowaliśmy więc z tradycyjnych pigułek na rzecz czystego kwasu l- askorbinowego, kupowanego w kilogramowych opakowaniach i jedzonego łyżeczką. Więcej na temat leczenia dużymi dawkami witaminy C można przeczytać na przykład tu> KLIK. Warto spróbować!

Kiedy już przestałam się bać tego „chemicznego” proszku w laboratoryjnym opakowaniu> KLIK (bo i bać się nie ma czego!), kwas l- askorbinowy zamieszkał na stałe w naszej kuchni. Okazało się, że poza jedzeniem go łyżeczką czy rozpuszczaniem w wodzie w sytuacjach około-chorobowych, nadaje się on także do dokwaszania produktów spożywczych. Wpadliśmy na to zupełnym przypadkiem, kiedy robiąc zielony koktajl z jarmużem odkryliśmy brak grejpfruta. W końcu co za różnica czy wypijemy witaminę C w koktajlu czy w szklance wody? Idąc dalej tropem szalonych kulinarnych eksperymentów dorobiliśmy się dwóch genialnych przepisów, którymi muszę się nimi z Wami dzisiaj podzielić.

Zakwaszając bowiem mleko kokosowe, (nasze ulubione> KLIK), można bez problemu uzyskać wegańską kwaśną śmietanę, w niektórych przepisać bardzo wskazaną, a nawet, po dodaniu jaglanki, wegański twarożek!
Jedyna zasada, której warto się trzymać to używanie owego „twarożku” czy „śmietany” w przepisach/ w połączeniu z czosnkiem, który ostatecznie niweluje posmak kokosa:) U nas ostatnio królują tzatziki…

IMG_5691IMG_5698

„śmietana”:
– 2/3 kubka mleka kokosowego
– 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
– 1 płaska łyżeczka kwasu l- askorbinowego
– sól, pieprz, czosnek

Siemię lniane wpływa wyłącznie na zagęszczenie konsystencji, więc jeśli Wasze mleko tego nie potrzebuje, nie musicie go dodawać! Żeby siemię zadziałało, trzeba dać mu troszkę czasu (10 minut wystarczy), czyli mieszamy mleko z siemieniem i odstawiamy, przed podaniem dodając resztę składników.

„twarożek”:
– śmietanka z przepisu podstawowego
– pół kubka kaszy jaglanej, najlepiej takiej odrobinkę rozgotowanej

Jak widzicie na zdjęciach mój ulubiony „twarożek” występuje w towarzystwie pomidorów, ogórków małosolnych i zieleniny, co mąż nazywa „żarciem dla kaczek”. Kto wie dlaczego?

babeczki jaglane z borówkami

IMG_5533
IMG_5518

Nie ujawniałam się ostatnio z żadnymi przepisami, bo powiem Wam szczerze, że po kilku już latach wiecznych eksperymentów z kuchnią wegańską i ciągłego kombinowania, przyszedł czas na stabilizację:) Wypracowaliśmy sobie całkiem sporo zawsze sprawdzających się dań i zdecydowanie idziemy w stronę prostoty. Ponieważ nie są to żadne wielkie odkrycia kulinarne, nie mam też śmiałości zawracać Wam nimi głowy. Niektóre z ulubieńców zasługują jednak na uwiecznienie i tak też było z tymi babeczkami, chciałam im zrobić tylko zdjęcia. Robiłam je milion razy! Sprawdzały się wszędzie- na piknikach, w podróży i w domu (podróże znoszą całkiem nieźle co jest ich niewątpliwą zaletą) a przy tym… są zdrowe, bo składają się głównie z kaszy! Co Wy na to?

Babeczki składają się z trzech części a wszystkie z nich można naturalnie dowolnie modyfikować:

1. owoce: borówka amerykańska, jagody, wszystko co drobne i ładnie wygląda w połączeniu z budyniem:) Owoce ciasno układamy na dnie foremek.

IMG_5485

2. budyń z kaszy jaglanej: 1 szklankę kaszy jaglanej moczymy kilkakrotnie zmieniając wodę (minimum pół godziny). Ja często zapominam o niej nawet na kilka godzin… Przepłukujemy przed wsypaniem do garnka by pozbyć się resztek jaglanej goryczki. Kaszę zalewamy 1 szklanką mleka kokosowego i 0,5- 1 szklanki wody. Im więcej wody tym rzadszy będzie budyń a ma być on z gatunku tych gęstych, zamieniających się w beton:) Gotujemy słodząc daktylami lub ksylitolem (u mnie 3 łyżki). Rozgotowaną po ostygnięciu kaszę blendujemy na „budyń” i wypełniamy foremki.

IMG_5489

Budyń można udoskonalić dodając: odrobinę soku z cytryny- masa będzie wtedy bardziej sernikowa; startą skórkę pomarańczową (aromatyczna) lub ekstrakt waniliowy w proszku…

3. wiórki kokosowe: paczkę/ niecałą szklankę wiórków kokosowych prażymy na łyżeczce oleju kokosowego. Wiórkami dopełniamy foremki, mocno je dociskając.

IMG_5492
IMG_5493

Gotowe babeczki wstawiamy do lodówki na kilka godzin.

Z podanej porcji wychodzi około 20 babeczek. Smacznego!

IMG_5515

złe jedzenie

confectionery-1839323_960_720

Zbliża się koniec stycznia. Jak tam Wasze postanowienia Noworoczne? Wytrwaliście? Udaje się? Czy jeszcze wszystko przed Wami? Ja na razie trzymam poziom, ale nie byłam BARDZO wymagająca wobec siebie w tym roku:)
Jeśli jakieś z Waszych postanowień dotyczą jedzenia/ diety/ zmiany w dziedzinie żywienia to czytajcie dalej, bo trafiłam ostatnio na niezwykle inspirującą myśl, która ukazała mi ten temat w całkiem nowym świetle i koniecznie muszę się nią podzielić.
Historia mojego „złego” odżywiania jest długa i zawiła, tak jak i próby przezwyciężenia kiepskich nawyków. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, borykałam się z zaburzeniami odżywiania w czasach, w których nikt nie wiedział co to takiego, nie było to zauważane ani diagnozowane. Głodziłam się i objadałam naprzemiennie, co naturalnie skutkowało przybieraniem na wadze i spadkiem samooceny. Po kilku latach tych wahań udało mi się z tych problemów „wyrosnąć” (co właściwie polegało na zepchnięciu ich na margines i ignorowaniu) a ciało wróciło do jako takiej równowagi, ale schody zaczęły się znowu przy walce z alergią i astmą. Zauważyłam, że problem z przejadaniem i rekompensatą „strat moralnych” pojawia się wtedy kiedy tylko próbuję sobie czegoś zabronić, albo ustalić granice. Nie ma granic- nie ma problemów. Kiedy jednak wiem, że czegoś mi „nie wolno” potrafię strasznie popłynąć… Wracam do obsesyjnego myślenia o jedzeniu. I jakoś tak mi wstyd…

Niepohamowane łakomstwo?

Najtrudniejsze są chyba konsekwencje takich szaleństw, bo poza tym, że życie zdaje się być zdominowane przez temat jedzenia co samo w sobie jest smutne, to myślimy o sobie coraz gorzej. Bo to JA jestem winna, skoro nie mogę się oprzeć pokusie. Im gorzej natomiast myślimy o sobie tym bardziej potrzebujemy pocieszenia i znów koło się zamyka.

Dopiero Ali z Perception Trainers, którą już wcześniej gorąco Wam polecałam uświadomiła mi w czym leży sedno sprawy.
Nasz mózg dzieli się podobno na dwie części pod względem postrzegania rzeczywistości. Jest część współczesna, która rozumuje tak jak Ty i część bardziej pierwotna, której czasem trudno pojąć tą pierwszą. Jedzenie dla naszego pierwotnego, „gadziego” mózgu zawsze będzie czymś pozytywnym. To ono daje Ci siłę, ono Cię napędza. Brak jedzenia albo perspektywa braku jedzenia powoduje panikę, uruchamia proces poszukiwania jedzenia, proste!
Wyobraźmy teraz sobie z jakim komunikatem konfrontujemy ten pierwotny rodzaj percepcji i z jakim zamętem, postanawiając „od dzisiaj nie jem ciastek”, „od jutra nie jem czekolady”, „nigdy więcej nie zjem deseru”Jak to? Pyta nasz gadzi mózg. Nie będzie jedzenia? Zbliża się głód? To znaczy, że muszę szukać pożywienia, inaczej nie przetrwam. Teraz rozumiecie dlaczego jedzenie zaczyna być obsesją. Podobno ten sam gadzi mózg nie jest w stanie przyjąć informacji, że określony rodzaj pożywienia jest ZŁY. Jedzenie jest zawsze DOBRE. Jeżeli twierdzisz, że jedzenie jest złe, błąd jest w Tobie, Ty jesteś zły- stąd wynika podobno poczucie winy, które tak często wiąże się z jedzeniem. Co z tym możemy zrobić by nie zwariować?

Przede wszystkim nigdy nie określajmy jedzenia jako złe czy dobre, w gruncie rzeczy nie jest ono ani takie ani takie. Jedyne co możemy powiedzieć to to jak wpływa na nasz organizm. Nie dlatego nie chcę czekolady bo jest zła, ale dlatego, że nie czuję się po niej najlepiej.

I druga sprawa- decyzję co zjemy i w jakiej ilości podejmujmy tylko w czasie rzeczywistym. Żadnych założeń na przyszłość. Na świecie jest mnóstwo ciastek a ja mogę zjeść je wszystkie kiedy tylko będę mieć ochotę, ale w tym momencie wybieram jabłko, bo lepiej się po nim czuję i mój organizm tak lubi jabłka!

Ali uświadomiła mi, że nie jestem szalona, że nie kręcę się w kółko, to tylko mój kochany gadzi mózg nie lubi mieć zakazów. Mam nadzieję, że te narzędzia pomogą nam funkcjonować swobodniej niezależnie od tego jaki sposób jedzenia wybraliście, lub jakie zmiany chcecie w nim wprowadzić. Trzymam za nas kciuki:)

coś do chleba

bread-making-1039261_1920

Taka sytuacja: przed sklepem spożywczym zaczepia mnie facet, dwaj pozostali siedzą za nim na obsikanym murku. Prosi o coś do jedzenia bo oni tak tu siedzą razem a bezdomni są. Mżawka, niebo sine, mam wrażenie, że od zawsze, choć to pewnie zaledwie dwa tygodnie minęły od ostatnich chwil słońca. Depresja i głód. Pytam czego potrzebują.

W odpowiedzi słyszę „coś do chleba… ser, wędlinę jakąś…”
Kupuję. Głównie ser:(
Przebiegam dwie ulice dalej: chłop słania się przed szeregiem kamienic. Zagaduje. Że on nie jest pijakiem, on jest chory i że głodny. Mówię: obiadu nie mam jak panu kupić, nawet sklepu spożywczego tu nie ma w okolicy, a co by pan chciał? „Klika groszy, na coś do chleba…”

Nie chcę dziś opowiadać o tym, że jest bieda, choć podczas jednej wycieczki „do miasta” (mieszkamy bowiem daleko od centrum) były cztery takie przypadki. Chcę zwrócić uwagę na to co jest spełnieniem marzeń, co zaspokaja apetyty, co jest bazą i mantrą jakąś powtarzaną przez ludzi.

Coś Do Chleba.

Coś do chleba mamy wdrukowane jako kod, tak głęboko, że nawet nie zwracamy uwagi jak kiepski jest to wybór. Oczywiście nie o to chodzi by kogokolwiek osądzać za jego wybory żywieniowe, tym bardziej, że z uwagi na trudną sytuację wybory te są mocno ograniczone, tylko…

Chleb nas nie karmi. Ser ani wędlina tym bardziej, ale o tym będzie za moment.

W Polsce przyznanie się do tego, że nie jesz nabiału, nie jesz mięsa a co gorsze nie jesz chleba to towarzyskie samobójstwo. Większość ludzi traktuje to jak ogromne wyrzeczenie lub szaleństwo a przecież wszystko to jest kwestią przyzwyczajenia.
Mój mąż poproszony przez bezdomnego o jedzenie zaproponował mu banany. Miał akurat dla siebie całą kiść na lunch. Bezdomny odszedł oburzony. Czy banan jest niejadalny?

Mięsa nie jem od lat mniej więcej piętnastu, z małymi incydentami i nie było to żadnym wyrzeczeniem. Nabiału nie jemy od lat trzech i wyszło mi to bardzo na zdrowie. Chleb jemy „od święta”, na początku piekłam żytni na zakwasie, teraz jakoś nam przeszło. Nie są to reguły,które zdominowałyby nasze życie, nie robimy z tego wielkiej sprawy a bez tych produktów czujemy się znacznie lepiej. Nie wiem jednak czy zdobylibyśmy się na tą otwartość umysłu gdyby nie moja alergia. Czasami widocznie trzeba dostać porządnego kopa by wyjść poza utarte szlaki.
bread-1494947_1920

Gdybyśmy przeszli na tryb oszczędnościowy robiłabym do jedzenia wielkie ilości kasz i strączków. Worek kaszy jest tańszy od chleba, od sera, i od kiełbasy. Warzywa sezonowe, cebula i kapusta, garść fasoli, to tania i zdrowa kuchnia, czemu nikt o tym nie pamięta?
Pszenny, ogólnie dostępny chleb składa się z paskudnej mąki, najgorszego rodzaju soli, spulchniaczy i masy innych środków chemicznych. Ser i mięso są takie jak nasza hodowla zwierząt, czyli pomijając etykę- pełne antybiotyków, hormonów, stresu i nieszczęścia. Tymi nieszczęściami karmimy cały świat tylko dlatego, że wpadliśmy w taką rutynę. To ignorancja sprawia, że nie umiemy i nie chcemy dostrzegać innych możliwości. A nawet jeśli dojrzymy kątem oka, że ktoś działa inaczej, nazywamy go świrem.

Bieda natomiast jest nie tyle zjawiskiem materialnym co (a może przede wszystkim!) mentalnym.

Czy macie za sobą podobne doświadczenia czy to jednak szaleństwo z mojej strony?;)

pigeons-1208334_1920

Czy weganie są groźni?

il_fullxfull.845875958_ey2s

Siedzimy przy rodzinnym obiedzie i wreszcie ktoś pyta:
– To kim Wy teraz jesteście? Weganami?
– Nie, nie jesteśmy- Migamy się.
– To jak się nazywacie?
– Agnieszka i Tomek- Odpowiada mój mąż.

Przytaczam te słowa na dowód, że nadawanie etykietek i szufladkowanie ludzi wprawdzie ułatwia wstępne rozeznanie, ale też przysparza kłopotów. Nie wiem czy wiecie, może głupio się przyznawać ale weganie są… groźni!
Przestajesz jeść określone produkty i nagle- bang!- jesteś w klubie, a nawet w fightclubie;)

Groźni weganie:
– głoszą, walczą, przekonują cię do swoich racji
– wytykają ci brak wiedzy i chcą tą wiedzę przekazać (wszak nikt ze świadomością skąd pochodzi kotlecik nie brałby go do ust)
– odwołują się do sumienia, z którym jesteś na bakier
– oceniają! Bywają pełni pogardy…

Kto by tam ich lubił?;)

Poważnie, taki to już jest problem ze środowiskami skonstruowanymi wokół jakiejś idei, że stają się dla ludzi „kościołami”. I o ile sama idea jest mi bardzo bliska, bo ani nie chcę przykładać ręki do zbrodni ani do cierpienia zwierząt, jestem w dodatku przekonana o korzyściach zdrowotnych wege jedzenia, to cechy tego „światka” bywają odpychające. Pewnie zapatrzenie w jedną tylko ideę i jeden pomysł na życie skutkuje ślepotą na pozostałe. Może zbyt wielu mamy zapalonych neofitów, chcących nawrócić cały świat? Dość, że ta przynależność nie jest powodem do dumy.

Najbardziej martwi mnie fakt, że „bycie w klubie”, może dawać poczucie bezpieczeństwa i zamiast otwierać horyzonty- ogranicza. Weganizm staje się naszym podstawowym wyborem, głównym kryterium: jeżeli coś jest wegańskie to jest bezpieczne. Hm… Poczytajcie sobie jakie składy mają wegańskie lody albo wegańskie kosmetyki. Albo zastanówcie się ile zużyto wody czy energii w produkcji wegańskich butów…
Nie wiem dlaczego, u większości z nas te informacje nie składają się w spójny obraz świata i spójny obraz jego problemów. Informacja czy dany produkt jest wegański czy nie jest tylko jedną z wielu informacji, które mogą wpłynąć na nas jako konsumentów. Co więcej- priorytety innych ludzi mogą być uszeregowane zupełnie inaczej. Stąd właśnie biorą się: ekologiczne mięso albo syfiasty wegański kosmetyk.

Co myślisz o tym zjawisku? Na jakim etapie jesteś? Jeśli ten wpis nie jest Ci obojętny zostaw komentarz proszę:)

Zdjęcie pochodzi STĄD

ciało

Przychodząc na świat dostajemy od Boga niezwykły dar- własne ciało. Uczymy się go jako niemowlęta, uczymy się jako dzieci, uczymy się kiedy dojrzewamy ale później ciało jest już tak bardzo codzienne i tak bardzo oswojone, że zapominamy jakim jest cudem. Jest to jedyna materialna forma, do której będziemy przywiązani całe życie. Nie dom, który budujemy latami z takim wysiłkiem, nie „skarby”, które gromadzimy, nic z tych rzeczy.
Ostatnio dopadła mnie myśl, że nasz stosunek do ciała jest co najmniej schizofreniczny. Z jednej strony codzienność epatuje nagością, nikt niczego się już nie wstydzi i tacy ogromnie jesteśmy „wyzwoleni”. Z drugiej strony dbałość o ciało ogranicza się do dwóch godzin w tygodniu spędzonych na siłowni, o ile w ogóle. Co gorsza na siłownię nie pędzi nas troska i dbałość o siebie a wręcz przeciwnie- nienawiść do nie dość doskonałego ja.
Mam 34 lata. Nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz ( i że nikt mi tego nie powiedział dawno temu! ) czuję jakie ciało jest ważne, jakie plastyczne, jak ze mną współpracuje i jak poddaje się temu co robię. Jest jedyne! Nie wolno nam akceptować chorób, nie wolno popadać w bezradność. Nie wolno mówić, że „po czterdziestce to coś tam już ma prawo być nie tak”, nie ma prawa! Nawet po siedemdziesiątce wszystko poza sytuacjami losowymi (a choroba nią nie jest) zależy od Ciebie i od tego co robisz. Traktuj się dobrze, zadbaj o siebie.
IMG_0418
IMG_0424
IMG_0426
IMG_1714
IMG_0434
IMG_0441
IMG_0474
IMG_0465
IMG_0480
IMG_0489
Zdjęcia to zilustrowany godzina po godzinie (nie przesadzając z dokładnością), wydarzenie po wydarzeniu dzień jak co dzień:) Buziaki!

kulki makowe

IMG_1024
Bakaliowe trufle/ kulki to jedne z naszych ulubionych słodyczy a przepisów na przeróżne wersje na blogach jest całe mnóstwo, na przykład TU i TU. Zazwyczaj robię je z tego co akurat mam pod ręką. Nie ma migdałów? Będą orzechy włoskie. Nie ma rodzynek? To może suszone śliwki. Możecie użyć naprawdę wielu pysznych i odżywczych składników a co najlepsze, wszystko na surowo czyli w pełnowartościowym RAW wydaniu!
IMG_1032
IMG_1030
Migdały, orzechy włoskie, orzechy laskowe, orzechy brazylijskie, słonecznik (pewnie wszystkie możliwe orzechy i pestki), rodzynki, suszone śliwki, daktyle, morele, żurawina, gruszki, wiórki kokosowe, wszystko się nadaje. Z tęsknoty za makowcem któregoś razu zamarzyły mi się kulki makowe… Mielony mak, o taki wystarczy namoczyć w najmniejszej możliwej porcji mleka roślinnego (u nas kokosowe rządzi). Dużą garść migdałów, drugą orzechów włoskich oraz pół tabliczki gorzkiej czekolady wrzucić do malaksera (najtwardsze składniki na początek), potem dodać garść daktyli i rodzynek, na koniec namoczony mak. Miksować aż do uzyskania kleistej, jednorodnej masy. Jeśli jest zbyt rzadka trzeba dodać jeszcze orzechów. Z masy lepimy kulki wielkości rafaello:) Posypujemy kakao/ karobem lub wiórkami kokosowymi, u nas wygrał karob. Chłodzimy, bo po schłodzeniu trufelki robią się bardziej zbite i konsystencja jest przyjemniejsza. I gotowe! Samo zdrowie i miliony kalorii… ale kto by liczył!

zdrowa przekąska

IMG_0574
Niedawno odwiedziła mnie kuzynka z nastoletnim synem. Mamy wprawdzie w rodzinie wyrobioną opinię szaleńców co to tego i owego nie jedzą, więc nikt się po nas nie spodziewa, ptysiów z kremem przy niedzielnej kawce, ale kuzynka dawno mnie nie odwiedzała… Kiedy siadaliśmy do stołu, na którym stało kilka miseczek z bakaliami i pestkami padły słowa „Ooo, nasz chomik by się ucieszył!”. Okazało się jednak, że prażone pestki słonecznika były strzałem w dziesiątkę. To prawda, są pyszne! Wydawało mi się, że to banalne i tak proste, że wszyscy znają i jedzą, a jednak nie. Jeśli więc nie próbowaliście to to dzieła! Wystarczy łuskany słonecznik wsypać na suchą patelnię i prażyć aż się odrobinkę zrumieni, będzie też pysznie pachniał. Tylko błagam, nie używajcie patelni teflonowych. Zwykła stalowa lub ceramiczna są o niebo zdrowsze.
IMG_0569
Takie słonecznikowe pesteczki mają nadal (mimo prażenia) mnóstwo wartości odżywczych; cynk, witaminę B6, wapń, żelazo, potas, makro i mikroelementy a są przy tym chrupiące i aromatyczne.
Na końcu nasz młody gość oznajmił, że mógłby je jeść chochlą:) ale może był bardzo głodny…
IMG_0562

jaglane ciacha

IMG_9698
Upiekłam dziś rano. Są fotogeniczne, umiarkowanie zdrowe i umiarkowanie smaczne, hehe, ale SĄ. I jak tu napisać, że u nas w domu ciastek nie ma? Już na wstępie zaczynam plątać się w zeznaniach, bo… u nas w domu naprawdę ciastka jedynie się zdarzają i musi być ku temu specjalna okazja!
Na pewno jeszcze nie raz wspomnę o tym jak jemy i dlaczego, ale bardzo ogólnie (tytułem wstępu) staramy się jeść tak zdrowo jak tylko umiemy na dany moment, a mój organizm ogłosił bardzo wyraźnie, że nie służy mu ani nabiał, ani mąka pszenna ani cukier (i jeszcze kilka innych alergenów), o mięsie to już dawno zapomniał, za to z radością przyjmuje wszelką surowiznę. Skąd więc te ciastka? I z czego?
Cóż, potrzeba chwili! Dziś gość, którego chciałam ugościć, jutro dwie zaprzyjaźnione ośmiolatki przyjdą do mnie na zajęcia plastyczno- techniczne, w planach jest szycie misia:)
Przepis zaczerpnęłam STĄD, poczyniłam jedynie drobne modyfikacje dodając ziarenka słonecznika i więcej mąki, bo mi się kleiła ta papka jaglana. Dla bezglutenowców ciacha są bezpieczne, nie zawierają cukru, ogólnie godne polecenia o ile macie takie ciastkowe pokusy, bo ja coraz rzadziej:)
IMG_9691
IMG_9697
Przy okazji porannego (co niezwykłe!) pieczenia, uświadomiłam sobie, że moim dniem, mimo wolności trybu pracy rządzi jednak bardzo wyraźny rytm i od lat działam niezmiennie do tego stopnia, że wszelkie zakłócenia wywołują niepokój. Zamiast siedzieć przed monitorem- działałam w kuchni a coś w środku podsuwało myśl, że to jak wagary. Głupie?! Ponieważ refleksja jest świeża zastanawiam się czy docenić w sobie tą stałość czy nie jest to przypadkiem kolejna „strefa komfortu” z której należałoby się wyrwać, czy nie blokuje przypadkiem twórczej energii w życiu?
IMG_9686