o minimalizmie, który chciałby być piękny

polki
Wiecie dobrze i ja też doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że odmian i definicji minimalizmu jest właściwie tyle ilu minimalistów:) Temat wałkowany jest wszędzie, od youtuba po wysokie obcasy i choć wydaje się, że wszystko już wiemy, to nadal są interpretacje, które wprawiają mnie w osłupienie.

Dygresja (lecz nie mogę się oprzeć!); Pewna youtuberka prezentowała na przykład przemianę swojej szafy ze standardowo przygraconej na „minimalistyczną”. Przemiana polegała na tym, by wszystkie kolorowe ciuchy i dodatki pochować w pudłach, a na wieszakach pozostawić zestaw monochromatyczny. Czyli generalnie zawartość pozostaje bez zmian, wprawdzie do części garderoby mamy utrudniony dostęp, ale za to reszta wygląda jak z elle deco. Tylko po co sobie utrudniać życie?

Można się śmiać z tego typu karkołomnych rozwiązań, pomyślałam, ale czy nie ma w tym szaleństwie prawdy i o mnie? O Tobie?
Ograniczanie liczby przedmiotów wciąż uważam za kluczowe. Jeżeli da się zastąpić kilka użytecznych rzeczy- jedną, wspaniale! Problemy zaczynają się, kiedy chcemy by te rzeczy były idealne.
Z jednej strony- skoro już mamy ich tak niewiele, to powinny przecież spełniać jak największą ilość kryteriów. Z drugiej jednak, w poszukiwaniu idealnych rzeczy znów koncentrujemy się na rzeczach jako takich, a najczęściej na tym jak te rzeczy wyglądają… Czy jest możliwe zrównoważenie tych zapędów?

Nie jest niczym złym poszukiwanie piękna, harmonii, komfortu, otaczanie się nim i jednoczesne eliminowanie bałaganu czy brzydoty. Z książki Marie Kondo „Magia sprzątania”, którą większość z Was pewnie kojarzy skoro czytacie ten tekst:) utkwiła mi w głowie opowieść o kobiecie, która posprzątała całe swoje mieszkanie, a nadal odczuwała jakiś dyskomfort. Wszystko miało swój sens i swoje miejsce, a jednak coś było nie tak. Tym „czymś” okazała się rzecz czysto estetyczna. Kobieta do segregowania przedmiotów w szafie użyła starych skrzynek/ kartonów po innych produktach. Skrzynki i kartony były oczywiście pełne naklejek, krzykliwych napisów i kolorów. Powodowało to niepokój i zagubienie przy każdym spojrzeniu na szafę.

Tworząc własny dom zrobiłam się zaskakująco poukładana. Na widoku lubię tylko rzeczy, które lubię. Pozostałe mają swoje wyznaczone miejsca, szufladki, przegródki… Sprawia mi autentyczną przyjemność odkładanie ich tam, układanie w określonym porządku. Są oczywiście rejony jeszcze nie sprecyzowane, wymagające pracy, ale to też dobrze- nie tkwimy przecież w stałym środowisku i nasz stan posiadania też jest poniekąd płynny. Czasem jednak, kiedy ekscytuję się „nowym porządkiem”, kiedy oklejam kolejny organizer do szuflady czy szaleję na punkcie pojemniczków doskonale wypełniających półkę, przychodzi wątpliwość: czy to nadal jest minimalizm?

samotność

5
„ Samotność hodujemy dopóki ona nam coś daje. Podobnie z życiem towarzyskim, jeśli nam coś daje, to się w nie angażujemy. Kiedy w grupie doznajemy poczucia pustki, marnowania czasu i energii, to się z niej wycofujemy. To więc nie jest tak, że ja wydoroślałem i stałem się samowystarczający. Teraz nie znajduję… a może nie mam takiej umiejętności… dotarcia do grup ludzi, którzy potrafią sobie coś wspólnie dawać, a nie tylko udawać lub ograniczać się do wykonywania gestów i uczestniczenia w obrzędach. Obrzędy bez wiary i prawdziwego przeżycia są mi niepotrzebne.”
Zbigniew Joachimiak w rozmowie z Martą Fox, „Ogrodnicy Północy” Marta Fox

Tym tekstem pan Zbigniew Joachimiak, Gdański poeta, znany w końcu lat osiemdziesiątych podsumowuje w roku 1997 swoje relacje z dawnymi przyjaciółmi, z otoczeniem.

Odnalazłam to zdanie wczoraj przypadkiem, bo chętnie wracam do przeróżnych książek poetyckich a „Ogrodnicy Północy” są jakoś wyjątkowo bliscy ze względu na Gdańsk i czasy, do których mam sentyment… Dwie sprawy przykuły moją uwagę.
Jest to cytat obrazujący mój własny, dotychczasowy stosunek do samotności i do „innych”, bardzo więc bliski i zauważalny w morzu innych wypowiedzi, trafny! Dotąd bywam absolutnie samowystarczalna i jak mawia król Julian w Madagaskarze „tentegowanie” w mojej własnej głowie jest wystarczającą rozrywką. Ale postawa ta chwieje się coraz bardziej jak z mozołem budowany dom na zbyt kruchym fundamencie. Nie o to już bowiem chodzi, że mi jest wygodnie z samotnością, choć spór o to, że w każdym z nas siedzi ukryty hedonizm zaliczyłam z panią polonistką już w liceum; niezaprzeczalnie jest. Chodzi o ten moment kiedy ciężar przenosi się z JA na ONI i zaczynamy pytać, nie co ono nam daje (to wspomniane w cytacie życie towarzyskie) lecz co ja daję jemu? Co ja daję najbliższemu otoczeniu? Ludziom, którzy stają na mojej drodze? Być może czas zmienić perspektywę?
Druga rzecz to kwestia szczerości względem samego siebie. Obrzędy pozbawione przeżywania, choćby nie wiem jakim były misterium- nigdy mnie nie interesowały. Nie odnajduję się więc w przeróżnych zwyczajach i tradycjach, bo to co czuję jest zawsze ważniejsze. Nie rozumiem i nie czuję ślubnych ceremonii, wesel tym bardziej, powinności towarzyskich, manipulacji, kościelnych obrzędów a im mniej te wszystkie kulturowe warstwy rozumiem tym większą mam wiarę, tym sprawniejszy wewnętrzny kompas.
Samotność to rzecz piękna, byle nie była ucieczką.
Ważniejsze jest to co dajemy, skoro już umiemy świadomie czerpać.
Jeszcze ważniejsza jest szczerość. We wszystkim, bez wyjątków.

Od kilku dni polujemy z aparatem na świetliki, ale albo jest za jasno, albo robaczków za mało. Popatrzcie więc na te sprzed dwóch lat:

34IMG_0188

DIY: mgiełka do twarzy

IMG_5307
Odkąd moja cera z mieszanej- przetłuszczającej się przeszła w stronę mieszanej- suchej miewam dziwne zachcianki…:) Dziwne, dlatego, że nigdy wcześniej nie miałam potrzeby posiadania ani używania takich produktów jak płyny miceralne czy mgiełki do twarzy. Toniki znałam z czasów nastoletnich kiedy miały ujarzmiać skłonną do wyprysków skórę a krem nawilżający był głównym bohaterem mojej pielęgnacji i prawda jest taka, że wszystkie te dodatki traktowałam jak kaprysy kosmetycznych pasjonatek.

Jak bardzo się myliłam!

Jako, że aktualnie nawilżenia wciąż mało i w ostatnich upalnych dniach spędzanych troszkę bardziej na powietrzu czułam się jak owiana pustynnym wiatrem, zrobiłam sobie mgiełkę do twarzy. Jest tak przyjemna i łatwa w przygotowaniu, że muszę się z Wami podzielić przepisem.

IMG_5341

Potrzebujemy:
– buteleczki z atomizerem. Miałam szklaną, brązową, zakupioną na inne kosmetyczne potrzeby ale może to być buteleczka po innym zużytym produkcie.
– 2 łyżki suszu roślinnego na którym będziemy bazować. Mogą to być: kwiaty lawendy, kwiaty nagietka, rumianku czy zielona herbata- zależnie od Waszych potrzeb i preferencji. U mnie wygrał nagietek. Susz zalewamy wrzątkiem (250-330ml) i zaparzamy jak zwykłą herbatkę. Po kilkunastu minutach odcedzamy i czekamy aż ostygnie.
– 10 kropli olejku eterycznego, również dowolnego. Może być: lawenda, drzewo herbaciane, kojący i chłodzący eukaliptus czy mięta lub orzeźwiająca pomarańcza. Lawenda i drzewo herbaciane ma dodatkowo właściwości antyseptyczne i będą naturalnym konserwantem.

„Mgiełki do twarzy:
– Oczyszczają skórę
– Odświeżają i orzeźwiają
– Rozświetlają, nawilżają i tonizują skórę
– Utrwalają makijaż
– Koją skórę”

IMG_5313

Jestem zachwycona kojącym działaniem tej prostej mieszanki. Z trwałością produktu pewnie nie będzie rewelacyjnie, dam Wam znać. W końcu to tylko ziołowy napar, ale trzymanie go w lodówce powinno troszkę pomóc a chłodzić tez będzie skuteczniej. No i ten zapach! Ostatnio uwielbiam zapach drzewa herbacianego, najchętniej zrobiłabym takie perfumy:)
Jeśli spodobał Ci się ten pomysł lub planujesz swoją ukochaną kompozycję, koniecznie zostaw komentarz!

minimalizmu początki


scena pierwsza:

W liceum nie znam nikogo, kto chciałby mieć mniej. Polska wciąż wychodzi z biedy a większe centra handlowe dopiero się budują. Pieniądze wydaję wprawdzie głównie na książki, wszystko inne jest w zasadzie tak drogie, że przeciętny nastolatek i tak nie kupuje sobie sam ubrań. Sieciówek nie ma!

Koleżanka podsuwa mi książkę „Opowieści pielgrzyma”. Jestem tak zachwycona ascezą głównego bohatera, że wymyślam sobie pierwszy ubraniowy uniform: czarne sztruksy i czarny tiszert. Chodzę tak może tydzień…:)

scena druga:

Porywa mnie wschodnie ZEN. Czytam kilka książek o medytacji. Mój pokój u rodziców zostaje totalnie ogołocony ze wszystkiego co zbędne. Zostaje materac do spania i biurko. Piję dużo zielonej herbaty, ale z medytacją mi nie idzie…

scena trzecia:

W „Wysokich Obcasach” czy „Twoim Stylu” czytam wywiad z Karoliną Gruszką. Wywiad w którym reporterka opowiada o wyjątkowym podejściu Karoliny do dóbr materialnych. Z jakiegoś powodu wrażenie robi na mnie trzymanie przez nią na krawędzi wanny szarego mydła na zakrętce od słoika. Pierwsza celebrytka, która nie używa tony kosmetyków- prawdziwe objawienie w moim świecie.

scena czwarta:

Fragment osobistych zapisków z czasów randkowania z moim mężem:

„U pani pod Lotem kupuję tulipany. Cztery pięćdziesiąt. (…) Wstawiam je do słoika po ogórkach. Taka urocza profanacja. Chodzi tylko o to, by nie posiadać przedmiotów. Taki wazon, pierwszy lepszy, dawałby poczucie zadomowienia, przywiązania. Precz z przywiązaniem.

Strasznie dużo poduszek, mówisz
zrzucając kilka na tłusty parkiet

Masz tylko jedną poduszkę, mówię
wciskając sweter pod głowę

Nie potrzebuję, ta podłoga
tak się świeci, przedmioty, nie więcej niż
dwa kubki, nie więcej niż jeden koc, mnie
nie posiadają
tak
zgadzam się
pocierając łydkę
rzeczywiście

Jeśli nazywasz to wolnością
To wolę wolność przed obawami”

scena piąta i ostatnia

Nadal nie jestem ascetką, choć minimalizm nie daje się zapomnieć. Zewnętrzne poukładanie i ogarnięcie otoczenia uspokaja, ułatwia koncentrację i pozwala mi się skupić. Mąż mówi „natręctwo”.
Co do rzeczy, które przepływają przez nasz dom, nie umiem podejmować szybkich decyzji, ale jeśli już na coś się zdecyduję to jestem z zakupu/ wymiany czy twórczości własnej bardzo zadowolona.
Największą trudność stanowią przedmioty, które znalazły się tu przypadkowo: impulsywne okazyjne zakupy, prezenty… Jeśli ich nabycie nie było świadomą decyzją a decyzją w amoku lub decyzją czyjąś- zazwyczaj okazują się zbędne.
Nadal nie mam pustych półek, uniformu brak, mam też więcej niż dwa kubki… ale z czasem będzie tylko lepiej!
A jak zaczęła się Twoja droga? Zaczęła się?:)

siwy update

Jeżeli cierpliwie odwiedzasz tą stronę mimo ostatniej przerwy w działaniach (za co bardzo Ci jestem wdzięczna!) to być może pamiętasz mój manifest w temacie siwych włosów [KLIK] Jeśli natomiast nie wiesz o czym mówię, tym bardziej zajrzyj:)
Dowiesz się między innymi dlaczego jakiś czas temu przestałam farbować włosy. Jak sytuacja na mojej głowie wygląda dziś? I jak się czuję przeprowadzając ten eksperyment?
No cóż, czuję się różnie:) Aktualnie nie mam na już ani odrobiny farby. To co widać na zdjęciach to naturalny kolor. Przy kiepskim świetle srebrne włosy nie są specjalnie widoczne, przy dziennym owszem- są. Najwięcej na skroniach, ale właściwie „brokat” przebija się wszędzie…

IMG_4977IMG_1574bIMG_5029IMG_5031

Minusy:

Co ludzie powiedzą?:)

Mimo, że mnóstwo rzeczy w życiu robię „inaczej” i kiedyś niespecjalnie się martwiłam opiniami innych to w kwestii wyglądu/ odmładzania się bądź starzenia, wcale nie jestem taka opinioodporna. Nie spotkały mnie wprawdzie żadne złośliwe komentarze czy uwagi, jednak wciąż mam świadomość jak siwizna jest odbierana. Trudno takie myśli zignorować, choć bardzo się staram.

Makijaż.
Zauważyłam, że z tymi „nieidealnymi” włosami znacznie większą uwagę przywiązuję do makijażu. Gorzej niż przedtem czuję się „w stanie surowym” czyli bez makeup’u i rzadziej się na taki stan decyduję. Zaraz, czy ja w ogóle wyszłam z domu bez makijażu?…:(
Oczywiście, szukam tu rozwiązań stosunkowo naturalnych i nigdy nie jest to maska z podkładem, konturowaniem i pudrem na wierzchu, ale jednak- krok, który w założeniach prowadził ku naturze, zmierza w stronę zgoła odmienną.

Oczywiste plusy to zero problemów ze skórą głowy, brak podrażnień, świadomość jaka chemia mnie omija i całkiem zdrowe włosy… Bezproblemowe właściwie, mimo że niespecjalnie się nad nimi rozczulam.

Co dalej?
Podsumowując: Nie uważam, że jest to najlepsza droga. Wydaje się jednak… jedyna? Nie jest łatwo przestawić ścieżki umysłu a powracające poczucie, że gdzieś tam, coś nie jest takie jak być powinno to nic fajnego. Kusiło mnie już, by temat zamknąć i odpuścić, ale jak sobie przypomnę zapach farby do włosów i fakt, że przed dwa dni od zabiegu nie mogę spać od tego zapachu… to mi się odechciewa. Kusi mnie też zmiana bardziej radykalna- utrakrótkie cięcie.
Doradźcie, co robić?

mending

A

Tak jak nie doczekam się pewnie mody na naturalną siwiznę (a do tego tematu wrócę niebawem, należy bowiem poczynić aktualizacje), tak i cerowanie oraz łatanie ubrań raczej jest powodem do wstydu… podczas gdy WCALE NIE JEST!
Kiedy ostatnio widziałeś kogoś w zacerowanym swetrze? W połatanych portkach? Obciach, prawda? Myślę, że takie obrazy w mojej głowie sięgają czasów przedszkolnych lub wczesnoszkolnych czyli pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Później nawet swetry robione ręcznie, a nie maszynowo były traktowane po macoszemu. Wstydziliśmy się tego rodzaju rękodzieła bo kojarzyło się z biedą, cóż… biedy ubraniowej nie ma a my nadal się wstydzimy…

Jednocześnie, kiedy zajrzeć w głąb tego zjawiska- naprawianie elementów garderoby i innych domowych tkanin jest niezwykle szlachetne, z wielu powodów.

Zamiast wyrzucić zniszczoną rzecz, przedłużamy jej żywot, nie przyczyniamy się do rosnącej góry śmieci; okazujemy szacunek do tego przedmiotu, wdzięczność, że nam służy (tak, wiem, posuwam się niebezpiecznie w obszary filozofii wschodnich i metody Kon Mari:) ). Ponieważ w cerowanie czy łatanie wkładamy pewien wysiłek, utwierdzamy się też w słuszności wyboru akurat tego przedmiotu, nie innego, jesteśmy konsekwentni, zazwyczaj więc rzecz ta jest z nami kompatybilna a obrany kierunek słuszny. Dodatkowo, wszelkie prace ręczne, mogą mieć działanie terapeutyczne a według mnie ścibolenie igiełką należy bezdyskusyjnie traktować jako rodzaj medytacji.

C
B

Ponad tymi bardzo racjonalnymi przesłankami mamy też górę pozytywnych emocji. Naprawiane ręcznie, łatane, cerowane, traktowane z czułością i szacunkiem obrusy, serwetki, ściereczki czy ubrania są ogromnie wzruszające. Pozostawiamy na nich swój znak wodny, odciskamy swój stosunek do świata materialnego a ślady te trwają dłużej niż my sami.

Moja babcia pozostawiła mi sporo pamiątek, które bardzo lubię. Ale wiecie co? Złoty pierścionek jest na dalszym miejscu, podczas gdy na pierwszych są: własnoręcznie wyhaftowany przez nią obrazek czy cerowany kilkakrotnie płócienny worek na pieczywo lub ostatni zrobiony przez nią sweter.
Jej stosunek do przedmiotów codziennego użytku był skrajnie inny od współczesnego, ale mam wrażenie, że i nam powoli zmienia się ta hierarchia wartości. Powracając raz jeszcze do Kon Mari- której książka robi ostatnio furorę – jej kluczem do wyboru ubrań jest pytanie „Czy ta rzecz przynosi mi radość?”
Dopowiem tylko, że jeśli ta rzecz przynosi Ci radość, warto przedłużyć jej życie:)

814785

źródla zdjęć: [1],[2],[3],[4],[5],[6],[7]

frustracje projektanta

IMG_4166Dziś będzie wpis osobisty, z góry uprzedzam, zero inspirujących rozwiązań i zdrowych lifestylów, życie!

Kilka dni temu minęło dziesięć lat od mojej obrony dyplomu, a z zawodu, nie wszyscy to raczej wiecie, jestem architektem wnętrz. Wiem dlaczego chciałam być projektantem, wiem dlaczego studia na ASP były dla mnie cenne i dlaczego zajmowanie się wnętrzami może sprawiać ogromną radość. Wiem też niestety dlaczego mam z tym zawodem problem. A może nie z zawodem tylko ze światem? Przez wiele lat prowadzenia starego bloga (KLIK) i jakiś czas tworzenia nowego- temat wnętrz wykruszał się z moich wirtualnych przestrzeni jak stara farba. Czasem był niezauważalny, czasem uwierał, wnętrza pojawiały się i znikały, aż znikły na dobre.

Jestem bowiem idealistką. Idealiści, w styku ze światem nie mają lekko…
Z czasem gdy rosła moja wiedza o zanieczyszczeniu środowiska, o trujących nas w domowym zaciszu kanapach i dywanach, o wszędobylskim plastiku, o środach chemicznych- coraz trudniej było mi pogodzić te informacje z konsumpcyjnym nastawieniem potencjalnych klientów.

Podczas gdy blogowy świat zachłystuje się estetyką skandynawską i promienieje pozytywną energią- informacje do których dokopuję się w książkach i innych źródłach działają raczej depresyjnie. I jak tu mówić o tym wszystkim z ludźmi? Kiedy mówisz, pukają się w głowę z niedowierzaniem, kiedy nie mówisz- sumienie nie daje spokoju. Ciężko jest mówić troszeczkę… tyle tylko by mieć szansę na zrozumienie, by się przebić.

Podobno nie wszystko jest takie czarno- białe, podobno w życiu trzeba iść na kompromis, ale jak miałby wyglądać taki kompromis? Nie miałam pojęcia. Powiedzmy szczerze: żadne tworzywa sztuczne nie wychodzą nam na zdrowie- jedne uwalniają ftalany inne związki przeciwpalne, niektóre parują, inne z czasem tracą elastyczność, kruszą się i pod postacią pyłu dostają do naszych płuc… do wyboru do koloru. Z drugiej strony wnętrza wyposażone w drewniane meble, ceramikę, ściany wykończone glinianymi tynkami rzadko przebijają się do mainstreamu. Raczej nie są modne… Wnętrza z meblami z odzysku się w Polsce nie sprzedają. Nie wyglądają. Nie tworzą zysków żadnym producentom, od których moglibyście mieć prowizję jako projektanci. Szaleństwo.

Postanowiłam jednak działać w zgodzie z pewnymi kryteriami. Fakt, wnętrza ekologiczne ze względu na rozsądek a nie metkę to dziwo na naszym rynku. Fakt, bardzo trudno jest dzielić się tego typu wiedzą i nie przerażać, bo jednak funkcjonujemy w swego rodzaju matrixie. Żyjemy jednak wszyscy w domach/ mieszkaniach, które mogą działać na nas destrukcyjnie i czas najwyższy mówić o tym otwarcie. Dlatego ogłaszam gotowość do takiej konfrontacji. Postaram się na shades of green jak najsensowniej opowiadać o zdrowych wnętrzach, o zagrożeniach ale i o własnych sposobach na „uzdrawianie” domu. Od dzisiaj!

IMG_4109

 

życie zero waste

Zero-Waste-Woman

Minimalizm znamy już wszyscy. Został opisany dogłębnie a każdy z piszących o tym zjawisku minimalistów dysponuje własną jego definicją, każdy znajdzie więc coś dla siebie, każdy jakoś tam odnajdzie się w tym nurcie. Czasem odnalezienie to polega na formułowaniu powodów dlaczego minimalistą się nie jest. Ale to też dobrze! Jesteśmy w końcu różni… A ja cieszę się, że może w jakiejś części ewoluujemy z trybu traktowania przedmiotów konsumpcyjnie i automatycznie na tryb bardziej świadomy. Zawsze to dobry kierunek, ale!
Dziś mam dla Was nowe wyzwanie. Od dobrych kilku miesięcy, zainspirowana przez internety, rozmyślam nad życiem „zero waste”. Jeśli to pojęcie jest dla Was obce, w skrócie- chodzi o życie bez produkowania śmieci. Zupełnie. Jakichkolwiek. Taaaa…
Czy to w ogóle jest możliwe w naszej rzeczywistości? Podobno tak. Oddani temu pomysłowi ludzie podczas swoich wykładów pokazują, że przez rok uzbierali słoik śmieci, które rzeczywiście nie nadają się ani na kompost ani do recyclingu ani do żadnego innego śmieciowego obiegu. Słoik! Podczas gdy przeciętny Polak produkuje 250-300 kg śmieci rocznie, a wcale nie jesteśmy tacy źli w porównaniu z Amerykanami, którzy osiągają wynik aż 800 kg.

Słoik to szaleństwo i totalna skrajność, powiecie. Hmm… bardzo możliwe. Jednak większość promowanych przez ten styl życia zachowań to zachowania bardzo racjonalne, etyczne i przynajmniej część z nich moglibyśmy spokojnie wcielać w życie.

Jak?

Odrzucamy konsumpcjonizm. Kupujemy tylko rzeczy naprawdę potrzebne i użyteczne.
W miarę możliwości kupujemy rzeczy bez opakowań. Ubrania znajdziemy w second- handach, kosmetyki zrobimy sami w domu, przedmioty codziennego użytku naprawiamy, książki wypożyczamy lub wybieramy wersje elektroniczne itd. itp.
Jeżeli nie mamy możliwości kupić jedzenia bez opakowania to wybieramy opakowania papierowe (bo recycling), warzywa i owoce kupujemy na targach a nie w supermarketach, używamy też opakowań wielorazowych. Wiele z osób, które opowiadają o zero waste, nosi na zakupy płócienne torby (zamiast reklamówek), płócienne woreczki na produkty suche/ sypkie- pieczywo, fasolę itd. a także słoiki (!) na mięso czy nabiał. Nie wydaje mi się to takie nieosiągalne przy odrobinie wysiłku.

Tak właściwie sztuka polega na unikaniu plastiku, który jako śmieć jest wyjątkowo niewdzięcznym materiałem (poza tym też jest niewdzięczny i zdrowia nam nie dodaje w codziennym obcowaniu, ale to inny wątek). Papier, ten niefoliowany i nielakierowany nadaje się na recycling. Resztki kuchenne nadają się na kompost. Szkło trafia do ponownego użytku. Plastiku jesteśmy w stanie nie kupować, prawda?

Jak zwykle, mimo że życie zero waste podoba mi się bardzo, mam też pewne zastrzeżenia… Nie co do pomysłu. Zero waste wydaje mi się właśnie naturalnym i zdrowym zachowaniem ludzkim. Nasi dziadkowie mieszkający na wsi żyli dokładnie tak- nie marnując ani odrobiny materii. To my zgłupieliśmy do tego stopnia, że nie kupimy produktu, bez metki, bez foliowego woreczka, bez logo…
Moje zastrzeżenia dotyczą raczej tego, że jest to kolejny, wymagający niewielkiego wysiłku czynnik a mam ich już kilka w swojej prywatnej kolekcji i robienie zakupów naprawdę bywa wyzwaniem.
I druga sprawa: słoik może być Twoim rocznym wynikiem tylko w przypadku kiedy prowadzisz określony tryb życia. Na przykład Twoja praca sprowadza się do komputera/ wykładów/ papierów. Moja „pracownia” to inny świat. Pełno tu tkanin, farb, ścinków, tasiemek, papieru. Nie wyobrażam sobie rezygnować ze swobody twórczej na rzecz maksymalnego porządku i raczej nie powinnam.

Co myślicie o zero waste? Czy to inspirujące wyzwanie dla nas wszystkich?
Chciałabym małymi kroczkami wprowadzać w naszym domu pewne drobne zmiany, spróbuję o tym opowiadać na blogu raz na jakiś czas, może się przyłączycie?

Czy „minimalizm” jest modą i jako taki przeminie?

a69910fba5cb18cd003284e924a77350
Im szersze „less is more” zatacza kręgi tym mniej wydaje mi się zjawiskiem wartościowym i ponadczasowym. Podpisują się pod nim wszyscy, naprawdę. Bloggerki modowe po przeczytaniu „slow fashion” tworzą swoje capsule wardrobe” czyli garderobę w pigułce, urodowe czyszczą zapasy poprzez „projekt denko”, ograniczają ilości kosmetyków, idą ku naturze; lifestylowe propagują slow life oczywiście… itd.

Wszystkie te fascynacje, idea by mieć mniej i stawiać na jakość niezależnie od tematu są zachwycające! Sama jestem wciąż na etapie czyszczenia przestrzeni, porządkowania, organizowania i dobrze wiem, że czynności te dają ogromną satysfakcję, dają też poczucie odzyskanej kontroli nad swoim życiem. Bardzo wciągające:)
Im częściej jednak słucham/ czytam kolejnego eksperta w tej dziedzinie, a każdy kto przeszedł lub choćby rozpoczął ten proces zdaje się być ekspertem (!) im więcej z nas porażona siłą prostoty wywraca swój dom do góry nogami tym bardziej nachodzi mnie wątpliwość czy nie jest to kolejna moda?

Jasne, zawsze wyjdziemy lepiej na posługiwaniu się rozsądkiem a nie chwilowym impulsem na zakupach; na wybieraniu rzeczy lepszych jakościowo, z lepszych tkanin (często naturalnych) i ogromnym postępem jest, że zaczynamy zwracać na to uwagę.
Jednak przedmioty, które wybieramy z myślą by służyły nam jak najdłużej, mimo pociągającej aktualnie neutralności nie są pozbawione pewnej estetyki, często nie są wystarczająco „nijakie” żeby przetrwały próbę czasu. Pewnie, że jako zmęczeni konsumenci chcielibyśmy zwolnić lub całkiem się zatrzymać, mamy doświadczenia, które pokazują, że życie w pogoni za kolejnymi „zdobyczami” nie ma sensu. Jednak czy ogarniając wymarzoną szafę w pigułce/ organizując dom na nowo nie dajemy się przypadkiem znów zagonić na zakupy?
Czy jesteśmy w stanie przewidzieć nasze przyszłe wybory estetyczne? Czy jeśli kupię „porządny” sweter za kilka lat będę nim tak samo zachwycona? Nie jesteśmy niestety trendoodporni a prawdziwa zmiana wymagałaby zmiany sposobu myślenia, zdecydowanie głębszej i trwalszej.

Czy wobec tego nasze minimalistyczne zapędy są bezsensowne? Raczej nie. Na pewno minimalizm otwiera oczy, pozwala zdystansować się do rzeczywistości, zdefiniować na nowo cele, odnaleźć siebie i swoje prawdziwe potrzeby ale po fali pierwszej fascynacji potrzebna jest równowaga.
Nie ma przedmiotów idealnych, nie ma idealnych domów, może nawet w naszym świecie nie ma już rzeczy na całe życie. Nie o to też raczej chodzi byśmy ich szukali gdyż koncentrowanie się na rzeczach lepszych a nie przypadkowych nadal jest koncentrowaniem się na RZECZACH.
Na jakim etapie jesteś?                                                                                                                          Zdjęcie pochodzi STĄD

absurd herbacianej torebki

Herbaciana torebeczka mogłaby się według mnie stać ikoną naszego konsumenckiego ogłupienia, choć wygląda tak niegroźnie, niewinnie i nieznacznie.
Dlaczego? Jest bowiem symbolem tego jak bardzo pokochaliśmy „produkty” i jak potrafimy je zrobić ze wszystkiego, nawet z garści suszonych liści. Pokochaliśmy też całym sercem marki i ich logotypy, których nie byłoby gdzie umieszczać, gdyby nie pomysł pakowania pojedynczych porcji i możliwość zaopatrzenia ich w sznureczki i etykietki. Spójrzcie na to zjawisko z dystansu i sami oceńcie.
IMG_0691
„Jako pierwszy herbatę do torebek pakował nowojorski importer herbaty Thomas Sullivan, który w 1908 roku używał tego pomysłu w promowaniu swoich herbat, których próbki wysyłał do potencjalnych klientów. Początkowo torebki wykonywano z jedwabiu, później pakowano herbatę do torebek ze znacznie tańszej gazy, a ostatecznie zdecydowano się na pakowanie w papier, by usunąć nieprzyjemny posmak gazy.
Początkowo herbata dystrybuowana w torebkach była towarem luksusowym, obecnie stanowi produkt powszechny. W 1965 roku jej sprzedaż stanowiła 7% wartości rynku herbaty w krajach wysokorozwiniętych, na początku XXI wieku blisko 90%. W Europie herbata w torebkach stanowi 77% zużycia.”
Powiedziała Wikipedia.
IMG_0679
Z miłości do ładnych opakowań, grafiki, przywiązania do marki/ produktu firmowego, czasem luksusowego oraz minimalnie wygodniejszej formy czyli z powodów bardzo błahych używając herbaty w saszetkach decydujemy się na:
1. Zagrożenie kontaktem z dioksynami. Każdy przedmiot codziennego użytku, bielony chlorem jak bawełniane waciki kosmetyczne, jednorazowe chusteczki do nosa czy papier, a także papier toaletowy może zawierać dioksyny, których nawet minimalna dawka działa toksycznie na ciało ludzkie. Herbaciane torebeczki produkowane są z rodzaju bielonego włókna/ papieru.
2. Gorszą jakość samej herbaty. Nie jest żadnym odkryciem, że do herbat liściastych wykorzystuje się lepszej jakości susz a do tych pakowanych- resztki, często mocno aromatyzowane. O rodzaju herbat nie będę dziś pisać, bo to zbyt rozległy temat ale zasada ta dotyczy wszystkich rodzajów- od czarnych przez zielone do ziołowych.
3. Śmieci. Po łyżeczce liściastej herbaty z zaparzacza, której dajemy rozłożyć się w towarzystwie obierek i resztek po obiedzie nie zostaje nic. Po herbacie z torebeczki… zastanówmy się: torebeczka (czasami nie z papieru a z organzy czyli tworzywa sztucznego w 100%), sznureczek (bielony), miniaturowy spinacz, lakierowana etykietka a często jeszcze opakowanie na samą torebeczkę. Mało?
IMG_0665
Jakiś czas temu te drobne fakty połączyły się w mojej głowie i przestawiliśmy się całkowicie na zaparzacze, te stalowe! Bo plastik w kuchni eliminujemy systematycznie. Moja ulubiona herbatka to zielona parzona z dodatkiem kilku goździków (antyoksydanty!) lub imbirem (na zdjęciu kwiaty bzu z imbirem), a Wasza?