priorytetowa sprawia rzęs

IMG_7166

Gdyby ktoś trzy miesiące temu zapytał „jak dbam o rzęsy?” spojrzałabym z niedowierzaniem i szybko zmieniła temat… No jak? Myję buzię i nie sypiam w makijażu i to tyle! Co niby można z nimi robić? Jest jakiś specjalny krem?

Faktem jest, że jako osoba ciemnowłosa z naturalnie ciemną oprawą oczu- nigdy nie wpadłam na pomysł by robić cokolwiek poza używaniem maskary (Jeśli interesuje Cię temat tuszu DIY to zapraszam tutaj > KLIK) a maskara leży w obszarze zgoła innym niż pielęgnacja, wiadomo.
Kilka tygodni temu odwiedzona zostałam przez kochaną koleżankę, którą widuję zdecydowanie zbyt rzadko (Kasia, o Tobie!) i której oczy ocieniał tak powiększony od ostatniego spotkania wachlarz rzęs, że nie mogłam nie spytać co i jak.

Okazało się, że znów omija mnie pokaźny pakiet informacji, zabiegów i cały rzęsowy świat po prostu.
Czy kiedyś nadążę?
Rzęsy można doklejać (to akurat wiedziałam) zagęszczać (!) także prowokować do szybkiego, bujnego wzrostu. Do wyboru, do koloru i co kto lubi!
Doklejanie, przedłużanie i zagęszczanie wydały mi się równie inwazyjne jak botoks, postanowiłam jednakże zgłębić temat odżywek, uznając wprawdzie że to kaprys, ale kto bogatemu zabroni?:)

Znajoma wizażystka zagadnięta o odżywki natychmiast pomachała mi przed nosem ulotką long4lashes (Oceanic) namawiając do testowania. Internety natomiast podały, że long4lashes to najlepsza z odżywek w średniej grupie cenowej (80zł), które w ogóle działają. Są też inne, bardziej luksusowe marki za około 300 zł. Ojej, westchnęłam pod nosem i jak to ja, cztałam dalej.

Co ta odżywka w sobie ma, że działa i jak działa?
Podobno tym aktywnym składnikiem, jest bimatoprost, który hamuje wypadanie rzęs, przez co- pozostają one z nami dłużej niż w normalnym cyklu, są więc dłuższe i wyglądają „porządniej”. Nie brzmi to zachwycająco, przyznacie? Odżywka, która nic nie odżywia, tylko zaburza naturalny cykl organizmu? Ale to jeszcze nic, bo jest o wiele gorzej!

„Bimatoprost to substancja aktywna, będąca syntetyczną pochodną prostaglandyn – hormonów, które występują naturalnie w naszym organizmie.
Może powodować między innymi: przekrwienie spojówek, świąd, stany zapalne rogówki i spojówki, uczucie pieczenia i podrażnienia oczu, łzawienie, pogorszenie ostrości widzenia, ból oka i głowy, wzmożoną pigmentację tęczówki (barwnej części oka) oraz skóry wokół oczodołu, wynikającą ze zwiększenia zawartości melaniny w melanocytach. Ciemnienie skóry wokół oka powinno ustać po kilku tygodniach lub miesiącach od zaprzestania stosowania bimatoprostu, jednak inne efekty uboczne, takie jak zmiany zabarwienia tęczówki, mogą mieć charakter trwały.„
*

Jak to jednak dobrze, powiedziałam, nie poddawać się zbiorowemu szaleństwu. Żeby nie było, że nie robię z rzęsami NIC poszłam do apteki kupić olej rycynowy za całe 3 zł. Wprawdzie rozpuszczone na hormonalnych odżywkach bloggerki urodowe zarzekały się, że z olejem efekty są nikłe a jeśli są to wieki całe ich nie zobaczę, chciałam to sprawdzić na własnym oku.

IMG_7157

Z olejem rycynowym obchodzę się tak: wylewam kropelkę (jest strasznie gęsty) na dłoń, wcieram olejek w czystą szczoteczkę po tuszu do rzęs i „tuszuję” porządnie po całości. Pozostałością częstuję nawet brwi, niech mają, a co!

No i proszę. Po 4 tygodniach rzęsy wypiękniały. Są dłuższe, grubsze i nie mogę się nadziwić, że to działa! Bez hormonów.
Nie wierzcie bloggerkom;)

*źródło cytatu > KLIK

sugar scrub czyli „perfekcyjna pani domu”

IMG_7114c

Nasz domowy system zaopatrzenia jest dość nietypowy. Tworzymy rodzinę zaledwie dwuosobową, a wszystko kupujemy hurtem. Potem to „hurtem” upychać trzeba w szafkach i domykać kolanem, ale w przyczyny nie będę się dziś wdawać, bo to temat na cały długi wpis, który może kiedyś nawet napiszę;)

Przy zakupach 10 kg mąki czy kaszy warto się zabezpieczyć przed molami i innym robactwem, co mówię z doświadczenia własnego, plaga ta bowiem dotknęła nas kilka lat temu boleśnie dziesiątkując zapasy i dając poważne powody do zwątpienia w cały zawiły zakupowy proceder.
Jako, że mądry Polak po szkodzie, zaopatrzyliśmy się wtedy w plastikowe kontenerki mieszczące akurat idealnie po 3 kilogramowe paczki mąki czy jaglanki. W szczelnych kontenerkach robale nie mają szans na większą ekspansję i przeczuwając to na pewno- zupełnie dały nam spokój.

Kontenerki mają jednak pewien minus- nie dają możliwości upychania się po kątach, lub też kąty są za małe? Mimo kilku fajnych schowków, część zapasów- szczelnie zamknięta, wyprowadziła się do piwnicy…

Rewidowanie tejże nie zdarza się znowu tak często (ja), bywa także powierzchowne (mężowski nalot) w związku z czym udało mi się ostatnio trafić na bardzo już archiwalny kontenerek zawierający 3 kilogramy cukru kryształ (!) Dziwiąc się ogromnie gotowa byłam uwierzyć, że ktoś z sąsiadów podrzucił nam ten nietypowy prezent, cukru bowiem nie jemy od lat… Niewątpliwie jednak kontenerek pochodził z naszego zestawu, wyprzeć się więc niechcianej zawartości nie da rady.

W mojej otępiałej głowie natychmiast zrodził się zestaw pytań: czy cukier może się przeterminować i po jakim czasie? Czy można go komuś oddać? (przecież są tacy co kupują), jak go wykorzystać bez strat dla zdrowia? (Ci co kupują działają na swoją niekorzyść przecież)…

I teraz uwaga, bo mam kolejny dowód swej nadzwyczajnej gospodarności i możecie mnie nawet nominować do tytułu „perfekcyjnej pani domu”. Jest pomysł! Jeśli masz stary cukier- zrób sobie peeling! Jest to najmniej szkodliwy dla zdrowia sposób wykorzystania cukru jaki znam:)

IMG_7101

Potrzebne będą:

1 szkl. cukru (biały/ brązowy/ przeterminowany lub prosto ze sklepu)
1/3 szkl. oleju z pestek winogron/ oliwy z oliwek lub inny płynny olej, z którym Wasza skóra się lubi
olejek eteryczny dla przyjemności własnej wyłącznie (10-15 kropelek)

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie i przekładamy do czystego, suchego pojemniczka. Uzyskaną konsystencję nazwałabym „mokry piach”;)

IMG_7108
IMG_7112

Ze scrubu korzystamy standardowo pod prysznicem, nacierając skrupulatnie te partie ciała, którym należy się odnowa a potem równie skrupulatnie szorując brodzik substancją silnie odtłuszczającą, może być nawet płyn do mycia naczyń.

Pominięcie ostatniego kroku da nam efekt wspaniałej miękkiej, nawilżonej skóry ale grozi poślizgiem/ upadkiem i wybiciem zębów przez kolejnego użytkownika łazienki.

IMG_7125

czym myć włosy naturalnie?

woman-586185_1920

Zacznę od tego, że zafascynowana zielskiem, metodą no poo oraz sodą przerobiłam już mycie włosów WSZYSTKIM o czym tylko przeczytałam, że się do mycia nadaje a także nie mycie ich zupełnie…
Testowałam na moich biednych włosach na przestrzeni ostatnich czterech lat przeróżne mydła (szampony w kostce), sodę, ocet, orzechy piorące, glinkę, jajka, mąkę, ziołowe wywary a nawet kilka „ekologicznych” szamponów drogeryjnych. Najczęściej nie były to pomysły trafione ale mój zapał jakoś nie gasł, sama nie wiem czemu, może lubię eksperymenty?

Zanim jednak rozwinę przed Waszymi oczami ten cudowny wachlarz naturalnych możliwości muszę dodać, że byłam w tej dziedzinie człowiekiem czynu, nie teorii… Mogłoby to być nawet radosną rozrywką nudnej codzienności, gdyby się na końcu nie okazało, że teoria ma znaczenie a wiedzę należy pogłębiać!
Po wszystkich tych próbach wyszło mi po prostu, że z jednymi produktami włosy moje się lubią, nawet kochają, z innymi natomiast toczą wojnę i okazuje się niebezpodstawnie. Dociekając bowiem dlaczego akurat te a nie inne, trafiłam w sieci na zawiły wątek porowatości włosów…

Nie wiem jak Wy, ale ja w swej ignorancji sądziłam do niedawna, że włosy dzielą się na suche/ normalne/ przetłuszczające się/ ewentualnie z łupieżem- jak w reklamach:P Nie czas się teraz rozwodzić, ale mamy też włosy niskoporowate/ średnioporowate i wysokoporowate. I tu zaczyna się zabawa. Każde z nich potrzebują innych składników odżywczych i każde z nich lubią inne traktowanie.

Włosy nisko i średnioporowate można doprowadzić do stanu wysokiej porowatości niszcząc je farbowaniem, temperaturą czy innymi zabiegami unoszącymi łuskę włosa. Można też mieć włosy wysokoporowate z natury i ja właśnie takie mam. Są cienkie, delikatne, puszą się, elektryzują (kiedy są długie- nigdy nie udaje mi się wytrwać w rozpuszczonych), szybko chłoną farby i długo schną, a przede wszystkim uwielbiają proteiny!

Piszę ten długaśny wstęp bo nawet najdłuższy wstęp czyta się szybciej niż przeprowadza nieudane eksperymenty, wiadomo…
Czym więc myłam moje wysokoporowate włosy i jak to działało?

wlosyA

1. sodą oczyszczoną.

Bardzo dobrze odtłuszcza, pozostawia włosy szorstkie i sianowate. Na dłuższą metę możemy się spodziewać problemów z końcówkami i łamliwością.

2. orzechy piorące.

Podobnie jak w przypadku sody, dobrze odtłuszcza i niestety wysusza. Niemożliwie piecze w oczy więc uważajcie. Stopień wysuszenia zależy od tego jak bardzo nasz wywar z orzechów jest skoncentrowany. Dużo orzechów+ mało wody wprawdzie może wysuszać ale ładnie się pieni. Mało orzechów+ dużo wody jest pewnie zdrowszą proporcją.

3. glinka kosmetyczna.

Używałam glinki czerwonej oraz białej, za każdym razem rezultaty były opłakane. Nie domywa włosów i jest bardzo trudna do spłukania, nie mówiąc o upaćkaniu połowy łazienki…

4. mydło marsylskie.

Mycie włosów mydłem podobało mi się z pobudek minimalistycznych (jeden produkt do wszystkiego!) i długo przy nim trwałam, ale włosy wyglądały w miarę dobrze tylko po wypłukaniu ich wodą z octem lub wodą z sokiem cytrynowym. Bez tego są szorstkie i jakby niedomyte. Nie szaleję za zapachem octu:)

5. ocet.

Sam ocet/ woda z octem też sprawdza się nieźle i pewnie w przypadku innego rodzaju włosa miałoby to sens. Moje podatne, miękkie i delikatne włosy były jeszcze bardziej miękkie i lejące, bezbłędnie więc przyklejały się do czaszki… No i znów kwestia zapachu. Wprawdzie po myciu się go nie czuje, ale przyjemność to nie jest.

6. mydlnica lekarska.

Wywar z mydlnicy tak jak wywar z orzechów piorących zawiera saponiny, można więc w nim prać, oraz myć. Działał u mnie dokładnie tak jak orzechy. Przy większym stężeniu- za mocno, przy mniejszym- za mało piany. Wywar można przygotowywać z całej rośliny, z kwiatami, jeśli znajdziemy ją na dziko w sezonie albo z suszonego korzenia, przy czym ten drugi jest produktem wybitnie śmierdzącym. Bardzo.

egg-1467336_1920

7. żółtko.

Żółtko ma mnóstwo składników odżywczych: witamin, minerałów, protein i z tych wszystkich powodów moje włosy kochają mycie żółtkami. Są odżywione, błyszczące ale uniesione u nasady. Szczęśliwe po prostu. Niestety dostęp do zdrowych jajek mam bardzo rzadko, klatkowych nie kupujemy a te naturalne- jak już są- na wagę złota.

flour-186563_1920 copy

8. mąka z ciecierzycy.

Jak dotąd mąka z ciecierzycy to mój ulubieniec. Z powodu protein włosy ją uwielbiają! Wyglądają podobnie jak po żółtkach czyli uniesione u nasady, jakby grubsze (?!), dożywione. Może nie tak jak przy żółtku błyszczące, ale za to z dostępem do mąki nie ma problemu. No i jest to metoda w 100% wegańska.

Bardzo chciałabym poczytać jakie macie doświadczenia z naturalnym myciem włosów i jakich macie ulubieńców? Piszcie koniecznie!