sprawdzony przepis na pierniczki- wegańskie i bezglutenowe

IMG_7378

Bez pierniczków w okresie około- świątecznym jakoś trudno się obejść. Pieczenie i podjadanie to jedno- też kuszą, ale DEKOROWANIE, które staje się rozrywką grupową na cały wieczór… bez dekorowania, lukrowania i kolorowych posypek czułabym po prostu, że coś mnie omija:)

Temat się komplikuje, gdy sami jesteśmy lub mamy w rodzinie alergików. Tak się składa, że jest ich w naszym otoczeniu coraz liczniejsze grono, choć nadal pozostaję najbardziej przeczuloną reprezentantką, brawo ja!

IMG_3918

Bezglutenowe ciasta bywają bardzo nieelastyczne, te natomiast, którym elastyczność nadaje tłuszcz- rozpływają się na blasze i kompletnie nie trzymają formy. Ale ponieważ od lat upieram się przy testach- wreszcie trafiłam na przepis udany. Po małych modyfikacjach brzmi on tak:

Składniki:
– 1 szkl. mąki jaglanej
– 1 szkl. mąki ryżowej
– 1 szkl. mąki gryczanej
– 1 szkl. skrobi kukurydzianej
– 4 łyżki zmielonych nasion chia
– 1szkl. wody
– 12 łyżek oleju kokosowego
– ¾ szkl. cukru lub ksylitolu
– 2 łyżeczki karobu
– 2 łyżeczki kakao
– 4 łyżeczki cynamonu
– 1 łyżeczka mielonych goździków
– 1 łyżeczka kardamonu
– 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
– szczypta soli

Zmielone nasionka chia zalewamy szklanką wody i odstawiamy na 10 minut. W tym czasie odmierzamy kolejno wszystkie mąki, przyprawy i cukier wsypując wszystko do duuużej miski. Na końcu dodajemy olej i chia z wodą, które zdążyło nasiąknąć.
Zagniecione ciasto dobrze jest odstawić przynajmniej na pół godziny, bo mąki bezglutenowe o wiele wolniej chłoną wodę- bez tego ciasto może się „rwać”.
Po uformowaniu pierniczków pieczemy je ok. 6-10 minut w temp. 170 stopni.

IMG_7472
IMG_7476

Nasze pierniczkowe spotkanie w babskim gronie właśnie się odbyło. Kolorowe posypki, które na co dzień omijamy szerokim łukiem, tutaj- przez najmłodszych były zlizywane prosto z talerzyków a na pierniczkach utworzyły się grube cukrowe warstwy. Na koniec w ruch poszły precyzyjne pędzelki i biały lukier… Cud, miód i orzeszki w sensie zupełnie dosłownym:)

IMG_7357

dermaglin

„Znacie mnie jako jednostkę prawdomówną i szlachetną. Nic bardziej mylnego!”
– Barbara; „Lesio” Joanna Chmielewska

W całej historii shades of green namawiam Was do minimalistycznych wyrzeczeń, do troski o środowisko i bojkotu drogeryjnych marek. Samej w 90% udaje mi się realizować ten program a zdarza się czasem, że i w 100%.
Ale od kiedy mniej więcej już wiem czego szukam i co w drogeryjnych kosmetykach jest dyskwalifikujące: kilometrowe składy, SLSy, parabeny czy formaldehyd… bywa, że trafiam na perełki, o których warto Wam opowiedzieć, mimo że pochodzą prosto ze sklepowej półki.

Niespodziewanie więc, najbardziej dla mnie samej (!), zaplanowała mi się tu seria „Aga aproved” o dobrych produktach kosmetycznych, choć samo słowo „produkt” budzi mój lekki niepokój;)

Z naturalnymi kosmetykami jest tak- kiedy producent świadomie kreuje markę jako ekologiczną, co zdarza się coraz częściej, świadczy o tym oprawa graficzna ale też często cena. Jest zupełnie oczywiste, że cena półproduktów z certyfikowanych upraw musi być wyższa od innych a same składy są często bardzo szlachetne, choć na tym polu dokonuje się też niemałych przekrętów.

Na zupełnie innych półkach natomiast zdarzają się produkty naturalne… przypadkiem, czyli o tak prostym składzie, że nie zdołano go doprawić żadnym parabenem, bo akurat nie było takiej potrzeby.

Dlatego będąc w drogerii podchodzę śmiało do najbardziej kolorowych/ nie minimalistycznych a nawet tandetnych opakowań i… czytam. Na tej zasadzie wyłowiłam maseczki Dermaglin.

IMG_7390 copy

Ich szata graficzna jest całkowicie przeciętna a zdjęcia na opakowaniach nie robią najlepszego wrażenia… ale same maski są naprawdę wspaniałe!

Wszystkie produkty Dermaglin robione są na bazie glinki kambryjskiej, która wydobywana jest na głębokości 40 metrów z pokładów oddzielających skały wapienne od piaskowców, bez interwencji chemicznej w najbogatszym i dziewiczym ekologicznie rejonie Europy– Zatoce Fińskiej.
Glinka ta absorbuje wszelkie zanieczyszczenia (dwukrotnie mocniej niż węgiel!) dlatego tak świetnie sprawdza się w maskach kosmetycznych, których mamy kilka rodzajów: od przeciwtrądzikowych, których nie testowałam po moje ulubione przeciwzmarszczkowe, oczyszczające, odżywcze…

plusy:
– buzia jest nawilżona, odżywiona, promienna pozbawiona podrażnień, ukojona
– maski mają doskonałe, proste składy
– nie są perfumowane
– mają jednorodną, idealną konsystencję, nie spływają po twarzy ale dają się ładnie rozprowadzić
– są w przystępnej cenie ~ 6,40/ szt.

minusy:
– maski występują wyłącznie w saszetkach
– mogłyby mieć bardziej zachęcające graficznie opakowania;)

IMG_7386
IMG_7409
IMG_7412

Tak je polubiłam, że za każdym razem będąc w okolicach Natury czy Hebe polowałam na kolejną saszetkę- no właśnie- saszetkę… czyli znów produkujemy śmieci:(
W tej irytującej śmieciowej sprawie napisałam do firmy Dermaglin maila z zapytaniem czy przypadkiem nie planują wypuszczenia swoich masek w większych pojemnikach. Ja i tak kupuję je nagminnie, chętnie więc kupiłabym coś w większym opakowaniu i na kilka/ kilkanaście użyć.

Niestety nie jest to możliwe. Glinka kambryjska bowiem zbiera zanieczyszczenie (i wchodzi z nimi w reakcje) w takim stopniu, że maski muszą pozostać jednorazowe. W samym opakowaniu wielokrotnego użytku mogłyby się dziać jakieś straszne rzeczy…

Spróbujecie? A może znacie Dermaglin od lat i macie swoich faworytów? Dajcie znać w komentarzach.