zmiany zmiany

IMG_7689Im więcej za sobą mam przeczytanych książek o zdrowym odżywianiu, zdrowym stylu życia, o oczyszczaniu, o porządkach w relacjach i emocjach, ogólnie mówiąc- im więcej wiedzy tym większa zdarza mi się frustracja. Czasem nie potrafię tej wiedzy wcielić w życie. Czasem mam dość. Oczywiście zmiany są, ale nie każdy temat temu podlega i nie całkowicie.

Człowiek, nawet ten świadomy, wcale nie kieruje się wiedzą i rozsądkiem i choć takie egzemplarze się zdarzają to jednak większość z nas, chcąca zrobić coś pozytywnego w swoim życiu, boryka się z podobnymi problemami.

Zastanawiając się nad tym wielokrotnie do głowy przychodziły mi jedynie oskarżenia- nie mam silnej woli, jestem beznadziejna, za mało konsekwentna, ale przecież mam się akceptować (ba, kochać nawet!) a nie oskarżać. Dlaczego więc jest to takie trudne? Co robię nie tak?
Zrozumiałam, że najczęściej zwyczajnie nie mamy „narzędzi”, nie pojmujemy całego procesu zmiany i oczekujemy od siebie cudu. Bo porzucenie starych nawyków z dnia na dzień, pozostawia pustkę. Jest wymaganiem, któremu naprawdę trudno sprostać. Nawet jeśli udaje się przez trzy dni- w chwili słabości i tak nawalimy.

Pomogły mi w tych przemyśleniach cudowne lekcje Ali z Perception Trainers, polecam gorąco jej kanał , zajrzyjcie!

Jakie są więc te „narzędzia”?

Na początek warto zadać sobie kilka pytań, na przykład: dlaczego się z tym borykamy? Dlaczego sięgam po jedzenie, które mi nie służy? Czy robię to w określonych porach? Czy w określonych sytuacjach? Czy nie jest przypadkiem tak, że ten rodzaj jedzenia, daje mi poczucie komfortu psychicznego? Uspokajam się jedzeniem? Zazwyczaj na przeszkodzie stoją emocje- jakie to są emocje? Jakie działanie (poza jedzeniem) da mi poczucie komfortu? Może rozmowa z kimś bliskim, pisanie pamiętnika, relaksująca kąpiel?
Dobrze jest przemyśleć to dokładnie i zaakceptować naszą potrzebę, nie zwalczać jej a tym samym nie zwalczać siebie. Pozwolić jej zaistnieć.

Kolejnym punktem, o którym wspomina Ali jest zadanie sobie pytania: kim chcesz być? A dokładniej- jak chcesz/ nie chcesz się czuć?
Wyobraź sobie osobę, którą chcesz się stać. Pełnię siebie.
IMG_1042
Jak się to przekłada na działania i codzienność? Staramy się skupiać na tym co zrobiłaby ta lepsza wersja mnie i zacząć działać tak jak ona. Moja lepsza wersja nie jadłaby po godzinie 18, bo stara właśnie wtedy ma największy apetyt;)
Ważne jest, żeby nie koncentrować się na tym co stare, na tym co w pewien sposób sobie „zabieramy” ale robić te nowe ekscytujące rzeczy! Chodzi w tym wszystkim o to, żebyśmy nie mieli poczucia straty, żebyśmy przenieśli swoją uwagę na nowe nawyki, które od strony emocjonalnej zapewniają nam to samo i z których będziemy dumni. No i przestać walczyć ze sobą, jaka to ulga!

Inną radą jest byśmy nie próbowali zmieniać wszystkiego naraz. To się podobno nie udaje:) Staramy się wprowadzać jedną małą zmianę/ jeden nawyk i czekamy aż poczujemy się z tym dobrze, aż przestanie być nowością. Potem dopiero wprowadzamy następną. Brzmi rozsądnie.

Przepracowuję właśnie wspomniane już jedzenie wieczorne, bo o ile nie musiałam specjalnie walczyć ze sobą w kwestii jedzenia/ niejedzenia określonych rzeczy (słodycze, pieczywo itd.) to często mój dzień kończył się obfitszą kolacyjką i nawet jeśli był to ryż z warzywami- nie polecam:)
IMG_7720
Czy ten temat jest Wam bliski? Z jakim nawykami próbujecie się uporać? Bardzo chciałabym poczytać o Waszych doświadczeniach. Odezwijcie się w komentarzach!

Czy „minimalizm” jest modą i jako taki przeminie?

a69910fba5cb18cd003284e924a77350
Im szersze „less is more” zatacza kręgi tym mniej wydaje mi się zjawiskiem wartościowym i ponadczasowym. Podpisują się pod nim wszyscy, naprawdę. Bloggerki modowe po przeczytaniu „slow fashion” tworzą swoje capsule wardrobe” czyli garderobę w pigułce, urodowe czyszczą zapasy poprzez „projekt denko”, ograniczają ilości kosmetyków, idą ku naturze; lifestylowe propagują slow life oczywiście… itd.

Wszystkie te fascynacje, idea by mieć mniej i stawiać na jakość niezależnie od tematu są zachwycające! Sama jestem wciąż na etapie czyszczenia przestrzeni, porządkowania, organizowania i dobrze wiem, że czynności te dają ogromną satysfakcję, dają też poczucie odzyskanej kontroli nad swoim życiem. Bardzo wciągające:)
Im częściej jednak słucham/ czytam kolejnego eksperta w tej dziedzinie, a każdy kto przeszedł lub choćby rozpoczął ten proces zdaje się być ekspertem (!) im więcej z nas porażona siłą prostoty wywraca swój dom do góry nogami tym bardziej nachodzi mnie wątpliwość czy nie jest to kolejna moda?

Jasne, zawsze wyjdziemy lepiej na posługiwaniu się rozsądkiem a nie chwilowym impulsem na zakupach; na wybieraniu rzeczy lepszych jakościowo, z lepszych tkanin (często naturalnych) i ogromnym postępem jest, że zaczynamy zwracać na to uwagę.
Jednak przedmioty, które wybieramy z myślą by służyły nam jak najdłużej, mimo pociągającej aktualnie neutralności nie są pozbawione pewnej estetyki, często nie są wystarczająco „nijakie” żeby przetrwały próbę czasu. Pewnie, że jako zmęczeni konsumenci chcielibyśmy zwolnić lub całkiem się zatrzymać, mamy doświadczenia, które pokazują, że życie w pogoni za kolejnymi „zdobyczami” nie ma sensu. Jednak czy ogarniając wymarzoną szafę w pigułce/ organizując dom na nowo nie dajemy się przypadkiem znów zagonić na zakupy?
Czy jesteśmy w stanie przewidzieć nasze przyszłe wybory estetyczne? Czy jeśli kupię „porządny” sweter za kilka lat będę nim tak samo zachwycona? Nie jesteśmy niestety trendoodporni a prawdziwa zmiana wymagałaby zmiany sposobu myślenia, zdecydowanie głębszej i trwalszej.

Czy wobec tego nasze minimalistyczne zapędy są bezsensowne? Raczej nie. Na pewno minimalizm otwiera oczy, pozwala zdystansować się do rzeczywistości, zdefiniować na nowo cele, odnaleźć siebie i swoje prawdziwe potrzeby ale po fali pierwszej fascynacji potrzebna jest równowaga.
Nie ma przedmiotów idealnych, nie ma idealnych domów, może nawet w naszym świecie nie ma już rzeczy na całe życie. Nie o to też raczej chodzi byśmy ich szukali gdyż koncentrowanie się na rzeczach lepszych a nie przypadkowych nadal jest koncentrowaniem się na RZECZACH.
Na jakim etapie jesteś?                                                                                                                          Zdjęcie pochodzi STĄD

Grey hair is God’s grafitti

Co myślicie o siwych włosach? Przyjęło się w Polsce (głupio moim zdaniem!), że są u kobiet oznaką zaniedbania i właściwie żadna z nas w swojej pracy wychodząca „do ludzi” nie może sobie na siwą fryzurkę pozwolić. Wyglądamy wtedy mniej profesjonalnie? Dajemy gorsze świadectwo o naszych możliwościach?

Sama od kilku lat, od kiedy temat zaczął mnie dotyczyć:P , rozmyślam nad tym jakże kontrowersyjnym zagadnieniem (!) a moja droga jest kręta i zawiła. Kiedy pojawiły się pierwsze siwe włosy, czyli przed trzydziestką, nie miałam jeszcze żadnych eko zapędów i natychmiast pobiegłam po drogeryjną farbę. Później przeszłam fazę dzikiej, krótkiej blond fryzury czyli rozjaśniania, a nie przyciemniania (dla zdrowia jeszcze gorzej). Następnie zapuszczanie i pokrywanie blond odrostów- taaaa… A potem zalał mnie strumień informacji o tym co mają w sobie farby, o tym, że we Włoszech na przykład kobietom w ciąży wyraźnie mówi się by na ten okres włosów nie farbowały bo te groźne związki chemiczne świetnie są wchłaniane przez wrażliwą skórę głowy i o tym, że rzekome zaniedbanie to rzecz bardzo subiektywna, a w anglojęzycznych internetach roi się od fajnych dziewczyn/ blogerek/ vlogerek o srebrnych włosach i wcale nie są postrzegane jak margines społeczny.

Pozostawiłam więc sprawę naturze a ona robiła swoje;)
Nie, nie czułam się z tym dobrze, atrakcyjnie ani pewnie, czułam się za to zdrowo. Powiecie mi zaraz, że przecież jest cała masa „naturalnych” farb, henny i że to skrajność… Chciałam jednak tą skrajność przetestować na sobie a co do naturalnych kosmetyków czyniących wszakże to samo co nienaturalne- jestem delikatnie mówiąc podejrzliwa.
Kiedy w gronie rodzinnym zwierzyłam się, że chodzę trochę siwa (nie mam tych srebrnych włosów aż tak wiele i czy je widać czy nie- zależy od uczesania i oświetlenia) natychmiast mi odpowiedziano, że „jak to? kobieta powinna o siebie dbać!”.

Jak to jest z tym dbaniem? Dbanie to toksyczna farbka za kilkanaście złotych? Dbanie to zatuszowanie tego, że mamy mniej antyoksydantów, sprzyjające wczesnemu siwieniu geny czy że czas mija?
Dla mnie dbanie to całkiem co innego! To prawdziwa i świadoma troska i zdecydowanie większy wysiłek oczywiście.
Historia ta jednak nie kończy się moją wygraną, samoakceptacją i zgodą na to jak widzą mnie inni. W panice przed ważnym spotkaniem w pracy zamówiłam sobie farbę „naturalną” i od tej pory się jej trzymam. Jest w porządku, nie śmierdzę po farbowaniu trzy dni chemią, włosy żyją i rosną nadal. Nie wierzę jednak, że to samo zdrowie:) I wciąż uwiera mnie ten kompromis, potrzeba dostosowania…

Od jakiegoś czasu szukam więc inspiracji. Szukam zdjęć srebrnowłosych pań, które absolutnie nie wyglądają na zaniedbane i które czują się z tym dobrze. Przymierzam się do porzucenia farby, nie wiem kiedy… niebawem!
siwe
Zdjęcia oczywiście nie są mojego autorstwa, jednak po totalnej rozsypce komputera pogubiłam wszystkie do nich linki, są SKĄDŚ, z netu… bardzo nieprofesjonalnie;) ale to jedyny raz w historii tego bloga.

ciało

Przychodząc na świat dostajemy od Boga niezwykły dar- własne ciało. Uczymy się go jako niemowlęta, uczymy się jako dzieci, uczymy się kiedy dojrzewamy ale później ciało jest już tak bardzo codzienne i tak bardzo oswojone, że zapominamy jakim jest cudem. Jest to jedyna materialna forma, do której będziemy przywiązani całe życie. Nie dom, który budujemy latami z takim wysiłkiem, nie „skarby”, które gromadzimy, nic z tych rzeczy.
Ostatnio dopadła mnie myśl, że nasz stosunek do ciała jest co najmniej schizofreniczny. Z jednej strony codzienność epatuje nagością, nikt niczego się już nie wstydzi i tacy ogromnie jesteśmy „wyzwoleni”. Z drugiej strony dbałość o ciało ogranicza się do dwóch godzin w tygodniu spędzonych na siłowni, o ile w ogóle. Co gorsza na siłownię nie pędzi nas troska i dbałość o siebie a wręcz przeciwnie- nienawiść do nie dość doskonałego ja.
Mam 34 lata. Nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz ( i że nikt mi tego nie powiedział dawno temu! ) czuję jakie ciało jest ważne, jakie plastyczne, jak ze mną współpracuje i jak poddaje się temu co robię. Jest jedyne! Nie wolno nam akceptować chorób, nie wolno popadać w bezradność. Nie wolno mówić, że „po czterdziestce to coś tam już ma prawo być nie tak”, nie ma prawa! Nawet po siedemdziesiątce wszystko poza sytuacjami losowymi (a choroba nią nie jest) zależy od Ciebie i od tego co robisz. Traktuj się dobrze, zadbaj o siebie.
IMG_0418
IMG_0424
IMG_0426
IMG_1714
IMG_0434
IMG_0441
IMG_0474
IMG_0465
IMG_0480
IMG_0489
Zdjęcia to zilustrowany godzina po godzinie (nie przesadzając z dokładnością), wydarzenie po wydarzeniu dzień jak co dzień:) Buziaki!

face wash czyli puder myjący

Nikt już pewnie na całym świecie nie myje twarzy mydłem poza moim mężem:) Ja nie znosiłam uczucia ściągniętej skóry a kiedy przeszliśmy na bardziej naturalne kosmetyki- delikatniejsze drogeryjne żele i inne cuda poszły w kąt. Na początku używałam więc mydła aleppo do wszystkiego! Potem odkryłam różne inne manufaktury mydlarskie ale kiedy trzy lata temu trafiłam na ten przepis- byłam naprawdę podekscytowana.
Płatki owsiane jako baza myjąca sprawdzają się naprawdę świetnie, w dodatku nawilżają i działają kojąco na skórę. Dziś chciałabym podzielić się z Wami dwoma przepisami na naturalny puder myjący z płatkami owsianymi w roli głównej. (Uwaga, jeżeli macie bardzo silną alergię na gluten to owies również może narobić Wam kłopotów! Ja szczęśliwie nie mogę go tylko jeść:))
IMG_8893
IMG_8880
Przepis pierwszy:
2 porcje płatków owsianych
1 porcja suszonych kwiatków lawendy
1 porcja sody oczyszczonej
IMG_8887
IMG_8884
Wszystkie składniki mielimy jak najdrobniej (w blenderze/ młynku do kawy), przechowujemy w suchym słoiczku. Do mycia wysypujemy łyżeczkę pudru na dłoń, wmasowujemy w wilgotną skórę twarzy, spłukujemy.
Jest to opcja bardziej korzystna dla osób z przetłuszczającą się skórą skłonną do zaskórników, soda pomaga się ich pozbyć a lawenda działa antyseptycznie (przy tym pachnie pięknie!).
IMG_1338
IMG_1321
Przepis drugi:
2 porcje płatków owsianych
2 porcje migdałów
1 porcja glinki kosmetycznej (u mnie ghassoul)
odrobina cynamonu
IMG_1329
IMG_1334
Dokładnie tak samo jak w poprzedniej wersji- mielimy wszystko jak najdrobniej, tak samo przechowujemy, tak samo używamy.
Różnica polega na tym, że ta mieszanka z powodu migdałów ma właściwości odżywcze, nie przesusza skóry tylko intensywniej nawilża. Cynamon jest przyjemnym w zapachu konserwantem ale nie powinny go dodawać osoby ze skłonnością do pękających naczynek.

Obie mieszanki działają peelingująco i moja skóra bardzo je lubi, choć aktualnie wygrywa migdałowo- cynamonowa, może to kwestia wieku?:P Podejrzewam raczej, że brak skłonności do zanieczyszczeń bierze się ze zdrowszego jedzenia i przy tym pozostańmy…

kulki makowe

IMG_1024
Bakaliowe trufle/ kulki to jedne z naszych ulubionych słodyczy a przepisów na przeróżne wersje na blogach jest całe mnóstwo, na przykład TU i TU. Zazwyczaj robię je z tego co akurat mam pod ręką. Nie ma migdałów? Będą orzechy włoskie. Nie ma rodzynek? To może suszone śliwki. Możecie użyć naprawdę wielu pysznych i odżywczych składników a co najlepsze, wszystko na surowo czyli w pełnowartościowym RAW wydaniu!
IMG_1032
IMG_1030
Migdały, orzechy włoskie, orzechy laskowe, orzechy brazylijskie, słonecznik (pewnie wszystkie możliwe orzechy i pestki), rodzynki, suszone śliwki, daktyle, morele, żurawina, gruszki, wiórki kokosowe, wszystko się nadaje. Z tęsknoty za makowcem któregoś razu zamarzyły mi się kulki makowe… Mielony mak, o taki wystarczy namoczyć w najmniejszej możliwej porcji mleka roślinnego (u nas kokosowe rządzi). Dużą garść migdałów, drugą orzechów włoskich oraz pół tabliczki gorzkiej czekolady wrzucić do malaksera (najtwardsze składniki na początek), potem dodać garść daktyli i rodzynek, na koniec namoczony mak. Miksować aż do uzyskania kleistej, jednorodnej masy. Jeśli jest zbyt rzadka trzeba dodać jeszcze orzechów. Z masy lepimy kulki wielkości rafaello:) Posypujemy kakao/ karobem lub wiórkami kokosowymi, u nas wygrał karob. Chłodzimy, bo po schłodzeniu trufelki robią się bardziej zbite i konsystencja jest przyjemniejsza. I gotowe! Samo zdrowie i miliony kalorii… ale kto by liczył!

balsam

IMG_1189
IMG_1185
Najczęściej zamiast kremów i balsamów używam oleju kokosowego. Nałożony na wilgotną skórę działa wspaniale! Czasem jednak, tak jak teraz po zimie i sezonie grzewczym olej kokosowy to za mało. Staram się więc bardziej regularnie używać domowych, ziołowych toników a przepis na kremowy balsam, który znalazłam we wspominanej już książce Amandy Soule pomaga mojej skórze dojść do lepszej formy. Przepis lubię za prostotę i elastyczność formuły, bo poza głównymi zasadami proporcji dotyczących konkretnych faz, składniki możemy dobierać indywidualnie, bawiąc się przy tym i eksperymentując. A to przecież w samodzielnym mieszaniu kosmetyków jest właśnie najlepsze!
IMG_1036
Kolejno mamy więc:

210 gr. wody lub naparu ziołowego (ja zagotowałam po łyżce suszonej lawendy, rumianku i lipy).

170 gr. oleju płynnego (u mnie nie bardzo płynny bo głównie kokosowy z dodatkiem ryżowego, kokosowy będzie miał formę stałą poniżej 22 stopni ale sprawdza się świetnie olej z pestek winogron czy każdy inny jaki lubi Wasza skóra)

85 gr. oleju stałego (u mnie masło kakaowe)

35 gr. wosku pszczelego

ewentualne dodatki: witamina E w kropelkach (około 10 kropli) lub dowolne olejki eteryczne (około 15 kropli)
IMG_1045
IMG_1049
Metoda: Olej płynny, stały oraz wosk pszczeli umieszczamy w „kąpieli wodnej” i podgrzewamy aż do rozpuszczenia się wosku. Zioła lub samą wodę gotujemy około 10 minut.
Studzimy wszystko do temperatury pokojowej. Do części olejowej stopniowo wmiksowujemy część wodną oraz dodatki jak witamina E lub olejek eteryczny.
IMG_1056
IMG_1079
Po zmiksowaniu masa przypomina budyń:) Przekładamy krem do wyparzonych, suchych słoiczków i przechowujemy w lodówce. Balsam podobno wytrzymuje do 2-3 miesięcy, ale mój zawsze szybciej się kończy!

Jeśli macie ochotę przygotować sobie balsam w kostce, wpadnijcie TU.

absurd herbacianej torebki

Herbaciana torebeczka mogłaby się według mnie stać ikoną naszego konsumenckiego ogłupienia, choć wygląda tak niegroźnie, niewinnie i nieznacznie.
Dlaczego? Jest bowiem symbolem tego jak bardzo pokochaliśmy „produkty” i jak potrafimy je zrobić ze wszystkiego, nawet z garści suszonych liści. Pokochaliśmy też całym sercem marki i ich logotypy, których nie byłoby gdzie umieszczać, gdyby nie pomysł pakowania pojedynczych porcji i możliwość zaopatrzenia ich w sznureczki i etykietki. Spójrzcie na to zjawisko z dystansu i sami oceńcie.
IMG_0691
„Jako pierwszy herbatę do torebek pakował nowojorski importer herbaty Thomas Sullivan, który w 1908 roku używał tego pomysłu w promowaniu swoich herbat, których próbki wysyłał do potencjalnych klientów. Początkowo torebki wykonywano z jedwabiu, później pakowano herbatę do torebek ze znacznie tańszej gazy, a ostatecznie zdecydowano się na pakowanie w papier, by usunąć nieprzyjemny posmak gazy.
Początkowo herbata dystrybuowana w torebkach była towarem luksusowym, obecnie stanowi produkt powszechny. W 1965 roku jej sprzedaż stanowiła 7% wartości rynku herbaty w krajach wysokorozwiniętych, na początku XXI wieku blisko 90%. W Europie herbata w torebkach stanowi 77% zużycia.”
Powiedziała Wikipedia.
IMG_0679
Z miłości do ładnych opakowań, grafiki, przywiązania do marki/ produktu firmowego, czasem luksusowego oraz minimalnie wygodniejszej formy czyli z powodów bardzo błahych używając herbaty w saszetkach decydujemy się na:
1. Zagrożenie kontaktem z dioksynami. Każdy przedmiot codziennego użytku, bielony chlorem jak bawełniane waciki kosmetyczne, jednorazowe chusteczki do nosa czy papier, a także papier toaletowy może zawierać dioksyny, których nawet minimalna dawka działa toksycznie na ciało ludzkie. Herbaciane torebeczki produkowane są z rodzaju bielonego włókna/ papieru.
2. Gorszą jakość samej herbaty. Nie jest żadnym odkryciem, że do herbat liściastych wykorzystuje się lepszej jakości susz a do tych pakowanych- resztki, często mocno aromatyzowane. O rodzaju herbat nie będę dziś pisać, bo to zbyt rozległy temat ale zasada ta dotyczy wszystkich rodzajów- od czarnych przez zielone do ziołowych.
3. Śmieci. Po łyżeczce liściastej herbaty z zaparzacza, której dajemy rozłożyć się w towarzystwie obierek i resztek po obiedzie nie zostaje nic. Po herbacie z torebeczki… zastanówmy się: torebeczka (czasami nie z papieru a z organzy czyli tworzywa sztucznego w 100%), sznureczek (bielony), miniaturowy spinacz, lakierowana etykietka a często jeszcze opakowanie na samą torebeczkę. Mało?
IMG_0665
Jakiś czas temu te drobne fakty połączyły się w mojej głowie i przestawiliśmy się całkowicie na zaparzacze, te stalowe! Bo plastik w kuchni eliminujemy systematycznie. Moja ulubiona herbatka to zielona parzona z dodatkiem kilku goździków (antyoksydanty!) lub imbirem (na zdjęciu kwiaty bzu z imbirem), a Wasza?

zdrowa przekąska

IMG_0574
Niedawno odwiedziła mnie kuzynka z nastoletnim synem. Mamy wprawdzie w rodzinie wyrobioną opinię szaleńców co to tego i owego nie jedzą, więc nikt się po nas nie spodziewa, ptysiów z kremem przy niedzielnej kawce, ale kuzynka dawno mnie nie odwiedzała… Kiedy siadaliśmy do stołu, na którym stało kilka miseczek z bakaliami i pestkami padły słowa „Ooo, nasz chomik by się ucieszył!”. Okazało się jednak, że prażone pestki słonecznika były strzałem w dziesiątkę. To prawda, są pyszne! Wydawało mi się, że to banalne i tak proste, że wszyscy znają i jedzą, a jednak nie. Jeśli więc nie próbowaliście to to dzieła! Wystarczy łuskany słonecznik wsypać na suchą patelnię i prażyć aż się odrobinkę zrumieni, będzie też pysznie pachniał. Tylko błagam, nie używajcie patelni teflonowych. Zwykła stalowa lub ceramiczna są o niebo zdrowsze.
IMG_0569
Takie słonecznikowe pesteczki mają nadal (mimo prażenia) mnóstwo wartości odżywczych; cynk, witaminę B6, wapń, żelazo, potas, makro i mikroelementy a są przy tym chrupiące i aromatyczne.
Na końcu nasz młody gość oznajmił, że mógłby je jeść chochlą:) ale może był bardzo głodny…
IMG_0562

puder

IMG_0496
Jestem zafascynowana tym jak łatwo i jak tanio można przestawić się z kosmetyków drogeryjnych na domowe homemade. Wszyscy jak mantrę powtarzają, że ekologia jest droga, że organic, natural i bio tak i owszem, ale ile to pieniędzy…?
Prawda jest jednak taka, że owszem, na gotowe zdrowsze kosmetyki można wydać sporo (jak na wszystko pewnie) ale wcale nie trzeba. Mnóstwo z nich zdrowiej jest zrobić samemu. Nie mam specjalnego zaufania do produktów reklamowanych jako naturalne czy ekologiczne, bo… robiąc cokolwiek na większą skalę niż domowa właściwie zmuszeni jesteśmy użyć jakiegoś konserwantu/ ulepszacza/ wypełniacza. Tylko w domu mamy stuprocentową pewność odnośnie składu. Zdajemy sobie też sprawę, że taki kosmetyk nie będzie tak trwały jak gotowy/ kupiony, więc robimy mniejsze porcje, ale częściej. Proste!
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moim patentem na puder. Sypki, o zapachu miętowo- herbacianym, jest wyjątkowo łatwy w przygotowaniu i przyjemny w użyciu. Wystarcza na bardzo długo!
Rezygnując z drogeryjnych kosmetyków (a jest to proces i nadal jestem w trakcie!) największy ból sprawiło mi zerwanie z podkładem, który w magiczny sposób zakrywał wszelkie niedoskonałości skóry. Okazało się jednak, że przy odpowiedniej pielęgnacji i odpoczynku od chemii skóra wygląda coraz lepiej i teraz potrzebuję tylko kilku puncików korektora by czuć się dobrze. Przydaje się też coś matującego w strefie T. I tu sięgam po puder. Oczywiście wiem o istnieniu kosmetyków mineralnych i wierzę, że świetnie się sprawdzają, jednak- są robione na większą skalę a o tym i mojej podejrzliwości wspomniałam akapit wyżej. Do zrobienia sypkiego pudru w domu potrzebujemy:
IMG_0465
4 łyżki mąki arrowroot
(ewentualnie skrobia ziemniaczana, wiem, że można spróbować, ale sama nie testowałam)
1 łyżka karobu
(inaczej mączka chleba świętojańskiego)
kilka kropel olejów eterycznych- z drzewa herbacianego (działa antyseptycznie i zapobiega psuciu się kosmetyku) lub/ i miętowego (łagodzący, chłodzący, miły!)
IMG_0471
IMG_0485
IMG_0475
Czytałam o zastępowaniu karobu- kakao, ale wydaje mi się to nienajlepszym pomysłem- ziarna kakaowca są tłuste, chyba nie osiągniemy efektu matującego…
Są też przepisy z użyciem mielonego cynamonu (ach ten zapach!) ale nigdy nie byłam w posiadaniu tak drobno zmielonego cynamonu, żeby drobinki nie były widoczne na skórze.
Generalnie chodzi o to, by wszystkie składniki dokładnie wymieszać ( ja używam do tego celu moździerza) i uzyskać kolor zbliżony do naszej cery. Przesypujemy puder do czystych wyparzonych słoiczków/ pojemniczków i do nakładania używamy pędzla.
IMG_0512
IMG_0533